Wspomnienia i życiorys Zenona Gulbinowicza
Ku pamięci, dla potomków rodu

 


1.  A jednak się urodziłem i poznaję najbliższych

    Halo! Czy mnie słyszycie? To ja, Wasz przodek, Zenon Gulbinowicz.
         Opowiem Wam o sobie, żebyście zapamiętali po wsze czasy, że przeżyłem swoje życie jak umiałem. Miałem swoje wzloty i upadki. Zmartwienia i dni wesołe. Troskę o dzień codzienny, jak też złość i bezsilność, w stosunku do otoczenia i sytuacji w jakiej się znalazłem. Słuchajcie więc uważnie mojej opowieści!
     Urodziłem się dnia 9 kwietnia 1892 roku we wsi Świętniki na Wileńszczyźnie, położonej 33 km na północ od Wilna i 2 km na południe
od ujścia rzeki Żejmiany do rzeki Wili. Ojcem moim był Kazimierz Gulbinowicz, a matką Rozalia Gulbinowicz z domu Rodziwicz. Miejscowość rodowa matki to Orgidany, wieś położona na Wileńszczyźnie niedaleko miasteczka podgrodzie. Ojciec i matka byli całe życie rolnikami. O matce nic nie wiem, jedynie to, że pochodziła ze zubożałej szlachty i w 1897 roku umarła w szpitalu w Wilnie. Została pochowana na cmentarzu Antokolskim w miejscu mi nieznanym. Z małżeństwa Kazimierza i Rozalii urodziło się czworo dzieci, a mianowicie:
     Alfons, Bronisław, Zenon i Antoni. Po śmierci matki ojciec został sam z małymi dziećmi i nie dawał sobie rady z ich wychowaniem. Zmusiło go to do ponownego ożenku. W roku 1898 poślubił Julię Lipińską ze wsi Świętniki. Z drugiego małżeństwa urodziło się troje dzieci, a mianowicie Maria, Daniel, Paweł. Prawie wszystkie dzieci Kazimierza przeżyły swoje życie godnie i doczekały starości, jedynie Paweł zmarł w wieku około 10 lat.
     Dzieciństwo moje przebiegało normalnie tak jak wielu dzieci wiejskich. Bawiłem się z dziećmi innych rodzin wiejskich. Jako dziecko robiłem swym kolegom i koleżankom różne psoty, jak też w miarę swych sił pomagałem ojcu w pracy w polu i w obejściu gospodarczym. Szczególnie byłem zatrudniany przy bawieniu młodszego rodzeństwa, gdy podrosłem ojciec zatrudniał mnie w pracach przy wypasie bydła i koni. W wieku szkolnym chodziłem do szkoły rosyjskiej we wsi Świętniki, jak też w miasteczku Niemęczyn. Dalszą część mego życia będę opisywał w poszczególnych rozdziałach.


2. Kura w glinie.

    W latach mojego dzieciństwa wypas krów, owiec i kóz w całej wsi był wspólny. Rano wszystkie zwierzęta przeznaczone do wypasu spędzano na ziemię niczyją zwano ją wygonem, a leżała ona obok szkoły. Po wypasie wieczorem, w tym samym miejscu, gospodarze zabierali swe bydło do zagród. Spędzane bydło było odbierane przez generalnego pastucha oraz jego pomocników, a następnie pędzono je nl1 wypas do pobliskiego lasu i na łąki leśne. Generalny pastuch był wybierany (zatrudniany) z ludzi wsi. Dla niego wieś ustalała deputat w naturze i pieniądzach. Jego pomocnicy to małoletnia młodzież wiejska, przeważnie chłopcy w wieku około 10-12 lat, było ich zawsze 10. Oni to pomagali generalnemu pastuchowi przy pilnowaniu zwierząt, przez okres jednego tygodnia, a w następnym tygodniu była już inna ekipa młodzieży. Za tą pracę pomocnicy nie otrzymywali wynagrodzenia, był to rodzaj szarwarku, dla dobra, ogółu wsi. Praca przy wypasie była ograniczona. Generalny pastuch ustalał, że w tym dniu będzie wypasał dany obszar leśny, pomocnicy okrążali go i pilnowali aby z tego pastwiska nie wyszło żadne zwierzę.
     Jednego roku zatrudniono nieuczciwego generalnego pastucha, gdyż ten przydzieloną mu młodzież zatrudniał do nieuczciwej pracy. Polecał jednemu z nas, aby udał się do pobliskiej zagrody we wsi i ukradł kurę lub inny drób. W międzyczasie inni rozpalali ognisko i przy pomocy niego nagrzewali pod ogniskiem ziemię. Drudzy kopali glinę i rozrabiali ją z wodą na papkę. Ukradzioną kurę zabijano, patroszono, solono z dodatkiem różnych ziół przyprawowych, a następnie kurę w pierzu oblepiano dokładnie papkowatą gliną. Gdy ta czynność była gotowa, a ziemia pod ogniskiem dobrze nagrzana, ognisko zostawało usunięte. Ziemię pod tym ogniskiem rozkopywano, w nią wkładano kurę w papce glinianej i zasypywano. Na tej ziemi, gdzie leżała zakopana kura, ponownie rozpalano ognisko. W tan sposób kurę piekło się około 1 do 2 godzin. Gdy pieczeń była gotowa, kura z ziemi wędrowała na powierzchnię, następnie nastawała krótka chwila do ochłodzenia kury. Wówczas glina wraz z pierzem była obrywana, a kura dzielona na biesiadników. Przeważnie podział był nierównomierny. Gro pieczeni zjadał generalny pastuch. Małe kęski przypadały pomocnikom. Tu należy przyznać, że pieczona w ten sposób kura była bardzo smaczna.
     Na drugi dzień takiej biesiady po wsi mówiono, że mamy we wsi złodzieja, który kradnie kury. Najczęściej było słychać słowa, że w tym, a tym gospodarstwie lis porwał kurę i uniósł ją do lasu. Pewnego dnia ten to władca pastuchów mnie przydzielił pójście do wsi i ukradzenie drobiu, z przeznaczeniem na wyżej wspomnianą ucztę, a że byłem bardzo mały, więc przydzielił mi do pomocy drugiego takiego malucha. Wspólnie z nim ustaliliśmy, że tym razem ukradniemy kurę z jego zagrodni. Jak ustaliliśmy, tak zrobiliśmy. Przy oblepianiu kury gliną nasz pan pastuch stwierdził, że ta kura jest bardzo podobna do jego domowej kury zwanej "Zieziula". My wyjaśniliśmy, że nie wiemy czyja ona jest, gdyż złowiliśmy ją daleko od zabudowań wiejskich. Na drugi dzień pastuch powiadomił ogół pasterzy, że to była jego kura i chciał nas zbić, lecz my uciekliśmy. Inni pomocnicy wołali, że już nigdy nie będą kraść drób we wsi, więc te uczty kurze znikły. Praca na pastwisku stała się monotonna, lecz uczciwa w stosunku do swoich rodziców i sąsiadów we wsi.


3.  Bitwa z namowy, a następstwem tego - zorganizowane lanie.

    Inną ciekawostką z mych lat dziecinno- młodzieżowych, było paszenie koni na łąkach nad Wilią.
     Ze swoimi kor'lmi na te łąki przyjeżdżało dużo osób. Przyjeżdżał tu także na taki popas, na swym koniu, niejaki pan Aleksander Podlecki. Starszy pan, mógłby być dla wszystkich zgromadzonych tu osób ojcem, taka była duża różnica wieku. Wadą tego pana było to, że jednego młodzieńca napuszczał na drugiego. Początkowo opowiadał mu na ucho plotkę, że ta ,a ta osoba powiedziała o tobie takie gorszące rzeczy, a następnie drugiej osobie mówił to samo. To powodowało początkowo kłótnie, a następnie długotrwałe bójki. Ten widok podniecał pana Aleksandra, który kibicował na głos raz jednej stronie, a następnie drugiej stronie. Po wielu, wielu dniach takich napuszczeń przez pana Podleckiego, ja i reszta młokosów, doszliśmy do wspólnego wniosku, że wszystkie nasze guzy, które powstały na naszym ciele, to tylko z winy tego pana. Wspólnie ustaliliśmy, że damy temu panu lanie. Pewnego dnia, nad Wilią w miejscowości Oszkieraga, pan Podlecki zaczął swoją pieśń napuszczania. Ja i kolega Franek Lipiński zaczęliśmy bójkę. Pan Podlecki był w swoim żywiole. Kibicował jak najgłośniej, raz po stronie mojej, a następnie po stronie Franka. Reszta chłopaków niespodziewanie pochwyciła w koc pana Aleksandra, przykrywając nim jego tłuste ciało. Potem usiedli dookoła niego na brzegach koca i trzymali go co sił starczy przy ziemi. Ja z Frankiem przerwaliśmy naszą pozorowaną walkę, pochwyciliśmy uzdy końskie i nimi zaczęliśmy bez żadnych okrzyków uderzać w koc, a dalej pod nim pana Aleksandra. Pan Podlecki krzyczał w niebogłosy i wyrywał się jak umiał. Lecz przy tak licznym gronie maluchów był bezsilny. W biciu prowokatora brali dział wszyscy, którzy byli w jakiś tam sposób pokrzywdzeni. Po nasyceniu swej zemsty, wszyscy jak na komendę, jednocześnie odskoczyli od niego. Uwolniony organizator bójek starał się dopaść któregoś z nas i sprawić lanie, lecz mu się to nie udało. Byliśmy od niego szybsi i nie mógł nas dopaść.
     Ten fakt pan Podlecki zapamiętał, nikomu we wsi nie pochwalił się i więcej już w swym życiu nie napuszczał chłopaków na siebie.


4.  "Dwadcat adin".

    W latach gdy uczyłem się w szkole carskiej w Świętnikach zrobiłem psotę dla mego kolegi z ławki na przeciwko mnie, a było to na lekcji matematyki. Ten, uczeń niejaki Janek Tomaszewicz (w latach późniejszych nazywano go przezwiskiem "Polak") był bardzo tępy w nauce. Nauczyciel przepytywał go z tabliczki mnożenia. Janek nie odpowiadał, stał jak zamurowany. Nauczyciel z tabliczki mnożenia przeszedł na dodawanie i odejmowanie, Janek nadal milczał jak niemowa. Nauczyciel podniesionym głosem spytał go: "Skaży malczik skolko imiejesz palcow u ruk i nog". Janek nadal nic nie mówił więc mu podpowiedziałem cicho "Owadcat adin ".Janek bezmyślnie natychmiast o pochwycił i głośno na całą klasę krzyknął "Owadcat adin gaspadin". Na te słowa cała klasa wybuchła rykiem śmiechu. Nauczyciel też śmiał się długo i głośno. Potem powiedział, bardzo jest źle z tobą chłopaczku, musisz się uczyć matematyki od początku. Wszelka nauka i pomoc w nauce, szła mu ciężko. Pozostał analfabetą do końca życia. Na marginesie dodam, że po rodzicach dostał w spadku ponad 30 h ziemi. Posiadał najwięcej ziemi we wsi, lecz gospodarstwo prowadził w takim stanie, że można określić to słowami "Pożal się Panie Boże, nad tym domem".


5. Kot i wrona w bożnicy.

     Po ukończeniu szkoły w Świętnikach uczyłem się dalej w szkole ruskiej w Niemenczynie. W tej szkole uczyło się dużo dzieci z naszej wsi. Zakwaterowanie mieliśmy grupowe, na tak zwanych stancjach. Były to kwatery, w których w jednym pokoju mieszkało po pięciu i więcej młodzieży. Sami musieliśmy sobie gotować i prać. Po nauce nikt się nami nie opiekował. Robiliśmy co nam się podobało. Niektórzy chłopcy, którym rodzice nie mieli co dać do jedzenia musieli iść po prośbie, albo zarabiaii pracując jako pomoc w domach. Rąbali drewno na opał, nosili wodę ze studni do domu, opiekowali się młodszymi dziećmi i wykonywali _ inne prace. Aby przeżyć chodzili nad Wilię i na pola, łowić na wędkę ryby i ptaki W lesie na pętle łowili drobną zwierzynę. Gdy wszyscy byli najedzeni, a lekcje odrobione, z braku zajęć organizowali różne psoty, a nawet złośliwości. Teraz gdy jestem dorosły uważam, że tego rodzaju psoty nie powinny były zaistnieć. Bo każdy z ludzi ma swoją ambicję, pragnienie i wyznanie religijne, które należy uszanować. Lecz byliśmy wtedy młodzi, a młodzi, jak mówią ludzi, muszą się wyszumieć. W tym miasteczku mieszkało sporo Żydów, mówili oni swoim językiem.
     Prowadzili różne zakłady pracy, mieli swoje szkoły i chodzili się modlić do swych domów Bożych zwanych Synagogą. Wśród młodzieży katolickiej szerzyło się przekonanie, że Żydzi ukrzyżowali Chrystusa niewinnie i za to należy się im jakaś kara. Przeto nasza grupa postanowiła udzielić takiej kary Żydom z pobliskiego miasteczka. Ustaliliśmy, że złapiemy kota i do niego, po przez szyję, tułów i ogon, przywiążemy różne blaszanki. W tym czasie jeden z uczni złowił na polu, na żyłkę wronę. On to !:]proponował, że razem z kotem wrzucimy do bożnicy i wronę.
     W dniu, w którym w bożnicy było najwięcej Żydów, wrona i kot znaleźli się w Synagodze. W rzutu dokonaliśmy przez otwarte okno. Fruwająca i kracząca po bożnicy wrona oraz biegający kot z blaszankami robili dużo hałasu. Całe modlące się grono Żydów było przestraszone i oburzone Chcieli te zwierzęta wypędzić z budynku modlitewnego. Długo się to im nie udawało. Następstwem tego całe miasteczko, długi czas, o tym zajściu opowiadało jeden drugiemu. Wiadomość ta dotarła także do Świętnik. Mój ojciec chciał mnie i moich braci zbić za ten czyn, lecz my broniliśmy się na wzajem, że o tym zajściu nic nie wiemy. Środowisko żydowskie koniecznie chciało ustalić, kto ten haniebny czyn dla nich zrobił. Lecz wszyscy katolicy w miasteczku, w stosunku do poszukiwań żydowskich, . nabrali wody w usta i milczeli w tej sprawie. My też tego zajścia mocno przestraszyliśmy się i już nigdy więcej takich kawałów nie czyniliśmy.


6.  Wspomnienie o nauce.

    W szkole carskiej nie uczono o Polsce, aby dać dzieciom trochę wiadomości, ojciec wynajmował prywatnie nauczyciela Polaka. On uczył potajemnie mnie i moich braci języka polskiego i historii Polski. Ogólnie biorąc wiek szkolny wspominam niechętnie, bo w nauce nie byłem asem. Zaliczałem się do przeciętnych uczniów. Ciężko mi szły przedmioty humanistyczne, natomiast łatwiej przedmioty ścisłe. Do matematyki w języku ruskim tak się przyzwyczaiłem, że do dziś, po wielu już latach w Polsce, gdy musiałem coś liczyć czy mnożyć to przechodziłem z języka polskiego na rosyjski. W języku tym było mi o wiele łatwiej liczyć.
    Tuż przed rozpoczęciem pierwszej wojny światowej, w naszej wsi był bardzo niedobry sołtys. Ten pan nazywał się Podlecki, rodem z Małych Świętnik. Swoim postępowaniem doprowadził do zastraszenia i zniewolenia ludności _ całej wsi. Żądał od gospodarzy różnych korzyści materialnych dla siebie. Na co dzień wystarczało dla niego postawienie butelki wódki z dobrą zagrychą. W stosunku do tych osób, którzy to nie czynili był bezwzględny. Słusznie, czy nie słusznie robił donosy do władz gminnych i milicji carskiej. Więc przeważnie, gdy tylko sołtys zjawił się w zagrodzie, gospodarz organizował mu napoje wyskokowe i jedzenie. Ta sytuacja tak obrzydła ludziom ze wsi, że byli gotowi na wszystko, byle się go pozbyć ..
     Otóż jednemu z gospodarzy, o nazwisku Podlecki, (nie jest on spokrewniony z sołtysem) zamieszkały w Świętnikach, o przezwisku Madej, przyszedł do głowy, pomysł zabicia tego ciemiężyciela wsi. Więc zaczął w śród ludzi szukać pomocnika, do wykonania tego razu, w polu, w miejscowości Prudele, ten pomysłodawca zaczepił mnie i zaczął namawiać, abym pomógł mu w zgładzeniu tego sołtysa. Ja mu kategorycznie odmówiłem i myślałem, że to jest tylko żart z jego strony. Lecz po kilku dniach na terenie wsi, przypadkowo spotkałem pana Madeja. On natychmiast przystąpił do namawiania mnie, abym wziął udział, przy zabiciu sołtysa. Ja ciągle mu odmawiałem. Lecz po kilku takich rozmowach, nh:opatrznie zapytałem, jak on to widzi, wykonawstwo tej roboty. Więc natychmiast ucieszył się i określił sposób wykonania zbrodni. Powiada, że za parę dni, będzie we wsi wesele .Na tym weselu, na pewno będzie zaproszony sołtys. Zresztą, czy będzie, czy nie będzie zaproszony on i tak przyjdzie na nie. Bowiem na wszystkie wesela we wsi przychodził. Po imprezie, gdy napije się i naje do syta, idzie na przespanie się do swojej kochanicy. Jej domek jest na uboczu wsi. Tu zrobimy zasadzkę. Ogłuszymy go tępym narzędziem. Ciało włożymy do worka i zaniesiemy do pobliskiego zagajnika. Tam są doły po kartoflach, zakopywanych na okres zimy, celem przechowania ich. Do jednego z takich dołów wrzucimy ciało i zakopiemy dół. Nikt o tym nie dowie się. Nikt go szukać nie będzie, jedynie wszyscy będą cieszyć się, ze zniknięcia sołtysa. Swoją opowieść przyjął za dobrą monetę. Poinformował mnie, że w określonym dniu. i godzinie, przyjdzie po mnie. Dalej nie czekając na moją decyzję odszedł. Ta wiadomość bardzo mnie przestraszyła . Nie wiedziałem co z sobą począć, jak mam postąpić. Czy donieść o tym do milicji carskiej. Byłbym wtedy w oczach wsi najgorszym donosicielem. Zastanawiałem się, czy wziąć w tym udział i popełnić grzech śmiertelny, a tym samym nosić na sobie plamę mordercy.
     Wybrałem coś pośredniego. Krytycznego dnia, potajemnie wyjechałem do Wilna do brata Alfonsa. Tam przebywałem około czterech dni. Tymczasem we wsi działy się ciekawe rzeczy, na ten temat. Sołtys na weselu mocno popił. Picie rozochociło go do dalszej zabawy. Pod pretekstem małego spaceru wyruszył na wieś celem znalezieniem nowej okazji do rozrabiania. Zachodził do domów z góry przez siebie wybranych i żądał natychmiastowego poczęstunku alkoholem. Przestraszeni ludzie stawiali mu, co żądał i w duchu przeklinali, żeby zapił się na śmierć. Widać, że Bóg ich przekleństwa wysłuchał. W jednym z takich domów, sołtys był już tak opity, że zaraz po wstaniu od stołu powalił się na pobliskie łóżko. Po pewnym czasie, gospodarz zauważył, że leży sołtys na wznak, a z otwartych ust bucha mu niebieski płomień ognia. Później wyjaśniło się to zjawisko. Sołtys miał tyle alkoholu w sobie, że od temperatury wewnętrznej ciała, alkohol zaczął parować. A przy ujściu zewnętrznym ustami nastąpił samoczynny zapłon alkoholu. Gospodarz, gdy to zobaczył z przestrachu wybiegł na drogę, zaczął wołać o pomoc. "Ludzie, kochani pomóżcie - sołtys pali się". Z początku ludzie żartowali i mówili, a niech ten piekielnik się spali. Potem, a szczególnie kobiety, uwierzyli i poszli oglądać ten wypadek na własne oczy. Faktycznie z ust buchał duży nie- bieski płomień. Próbowano zgasić go wodą ale nie dało to żadnych rezultatów. Jedna z kobiet zażartowała "ogień piekielny można zgasić tylko moczem".
     Kobiety podchodziły do denata ułożonego na podłodze, stawały okrakiem nad nim i sikały na twarz, a mocz rozbryzgiwał się po całym ciele. Sołtys był już cały mokry, a ogień nadal buchał. Po dłuższej chwili takiej zabawy w sikanie, stanęła do obowiązku ratowania, potężna w swej tuszy pani Rasimowicz. Miała tak silny strumień moczu i dużą ilość, że natychmiast ogień z ust denata znikł. Lecz już nie obudzono go z zamroczenia alkoholowego. Sołtys zmarł. Wieść o zgonie rozeszła się po całej wsi lotem ptaka. Ze wszystkich stron zaczęli napływać ludzie. Zamiast smutku, we wszystkich oczach było widać radość. Położono denata na ławie i niesiono go na niej do jego domu. Za zwłokami szła prawie cała wieś. Bito w bębny i blachy, by w ten sposób uczcić swoją radość w raz z odejściem z tego świata nieuczciwego człowieka. Na samym pogrzebie nikt z ludzi wsi nie wziął udziału, jedynie najbliższa rodzina ˇdenata. ";9 po powrocie do Świętnik myślałem, że to sam pan Madej taką śmierć dla sołtysa przygotował. Ale później doszedłem do wniosku, że on w tym zajściu nie brał żadnego udziału. Ten wypadek sam się wytworzył. Może to Bóg wysłuchał prośby i klątwy mieszkańców wsi. Z panem Madejem już więcej na ten temat nie rozmawiałem. Natomiast wieś, na ogólnym zebraniu w obecności gminy wybrała mnie na nowego sołtysa.


8.  Jak najdalej od wojska rosyjskiego.

    Gdy wsią rządził sołtys, o którym pisałem powyżej, była nagonka do wcielania do służby w wojsku carskim. Mężczyźni w wieku 18-25 lat ciągle byli wzywani na komisje wojskowe, celem ustalenia przydatności danej osoby dla wojska. Nie wcielano do wojska mężczyzn chorych na ciele i umyśle. Ja nie chciałem być w wojsku ruskim. Uważałem się za Polaka, a Rosjanie dla mnie to wrogowie numer jeden. Jednak, czy chciałem, czy nie mój rocznik podpadał pod przegląd w komisjach wojskowych. Ciągle dopytywałem się u wszystkich znajomych, o sposobie uniknięcia służby wojskowej. Przy załatwianiu spraw podatkowych w gminie, spotkałem na ulicy mojego nauczyciela, który uczył potajemnie mnie i moich braci języka polskiego oraz historii polskiej. Jemu to opowiedziałem, że za miesiąc mam stanąć na komisję wojskową i bardzo chcę uniknąć służby w wojsku carskim. On mnie pocieszył, że będzie mógł w tej sprawie coś zrobić. Zaznaczył równocześnie, że ten zabieg oddalenia wojska jest bardzo bolesny, a nawet może przynieść na stałe uszczerbek na zdrowiu. Nauczyciel podał mi adres w Wilnie osoby, która takie zabiegi przeprowadza, wraz z listem polecającym. Gospodarz adresu polecając~3go nakreślił mi sedno sprawy, że podda me ciało sztucznemu owrzodzeniu. Zapewnił mnie, że po tym zabiegu komisja na pewno odroczy mi służbę wojskową na kilka lat. Ustalił, że na dwa tygodnie przed komisją zgłoszę się do niego, a on wstrzyknie mi pod skórę zarazki chorobotwórcze (ropne owrzodzenie).Ten zastrzyk z ropy spowoduje, że obok wstrzyknięcia powstanie pełno wrzodów. Byłem bardzo zdenerwowany tą sytuacją ale wojskiem carskim jeszcze bardziej przestraszony. W odpowiednim dniu zgłosiłem się do niego. Strzykawką która była bardzo daleką krewną obecnej, wstrzyknięto mi roPę w pośladek i plecy. Potem dał mi zioła do okładania ran i do picia, z przeznaczeniem na kurację po zakończeniu posiedzenia komisji wojskowej. Wstrzyknięta choroba, do dnia posiedzenia komisji tak się rozwinęła w moim organizmie, że nie mogłem chodzić. Leżałem obłożnie chory, a ropiejące wrzody zajęły mi całe plecy i zadek.
     Na komisję w Niemenczynie zawiózł mnie wozem Ojciec. Komisja po obejrzeniu ran, skierowała mnie na leczenie do szpitala wojskowego w Wilnie. Poprawy w chorobie nie było widać, więc lekarz zadecydował o zwolnieniu mnie ze służby wojskowej na stałe i odesłał do domu. W mieszkaniu zacząłem pić wywar z przygotowanych ziół, a na rany przykładać, także okłady z ziół o innym składzie niż do picia. W ciągu dwóch tygodni kuracji ziołowej wrzody z organizmu znikły, a rany się pogoiły i ja mogłem wrócić do normalnego życia.
    Więcej w swoim życiu nie byłem na żadnej komisji wojskowej. Władza caratu upadła, a po wojnie powstało państwo polskie.

9.  Praca ponad siły.

    Z biegiem lat rodzeństwo moje wyrosło, wyszło z domu i rozjechało się po całym kraju. Jedynie na ziemi, przy Ojcu, pozostałem ja.
     W latach 1908 - 1914 władze caratu potrzebowały dużo drewna, szczególnie szpałów (podkładów), do rozbudowy kolei W odległości 1,5 km od wsi ŚWiętniki, nad rzeką Wilią w miejscowości Baranie był zorganizowany drobny przemysł tartaczny. Nie było tam żadnych maszyn, a wszelką pracę ludzie tam wykonywali ręcznie. Do Baranie rzeką spławiano, a z okolicznych lasów zwożono dłużycę drewnianą i przerabiano ją na szpały. Do tego tartaku była doprowadzona bocznica kolejowa. Raz na dobę były podstawiane wagony do załadunku szpałów. W tym tartaku pracowało przez całą dobę sporo ludzi, około 120 osób. Byli tam pilszczycy dłużycy, robotnicy niewykwalifikowani, flisacy, wozacy, drwale, ładowacze i pracownicy administracji. W tym tartaku pracowałem fizycznie, na akord, a praca polegała na załadunku szpałów do wagonów i ich mocowanie w wagonie. Pracowałem w tym tartaku około 6 lat. Norma dzienna przy załadunku wynosiła jeden wagon na osobę. Załadunek odbywał się nocą. Po krótkim przespaniu się, pracowałem dalej razem z ojcem na roli. Za te załadunki dobrze płacono. Przez ten okres pracy zarobiłem dużo pieniędzy. Pieniądze zarobione przeze mnie oddawałem ojcu, a od niego otrzymywałem trochę pieniędzy na moje kawalerskie wydatki. Starym zwyczajem ojciec gromadził je w szufladzie sofy stojącej w pokoju gościnnym, zwaną stancją. Gromadzenie pieniędzy rozpoczął mój dziadek Daniel Gulbinowicz. Bow:em jego żona a moja babka miała brata księdza i od niego otrzymywała pieniądze Dziadek te drobne pieniądze wymieniał na banknoty 200 - 500 rublowe lub też na złotniaki i kładł je w przysłowiową pończochę, jako zapas na ciężkie czasy. Ciężkie czasy jednak nie przychodziły, to też ta pończocha co raz więcej pęczniała. Po śmierci dziadka i babci ten spadek przypadł memu ojcu, a on nadal go powiększał. W tamtych czasach, to jest przed pierwszą wojną światową wartość pieniądza była wysoka. W przeliczeniu na kupno ziemi można było za nie kupić majątek ziemski 500 hektarowy. Ojciec i ja mieliśmy zamiar zakupić majątek Karoliszki, który był wtedy na sprzedaż. Nie doszło jednak do zakupu z braku różnicy cen, ojciec za mocno cenił nagromadzone pieniądze. Później już za czasów Polski, te ruskie pieniądze (banknoty) walały się po szufladzie, jako bezwartościowe papiery, a dzieci moje bawiły się nimi w handel, sprzedaż - kupno różnych owoców i warzyw.
     Z tej mojej opowieści możemy wyciągnąć wniosek, że nie warto gromadzić pieniędzy lecz od razu skonsumować je na jakąś potrzebę, by później nie mieć pretensji do siebie, że się je zmarnowało.

10.  Wędrówka bilonu carskiego.

    Bilon zarówno srebrny jak i złoty, ojciec jak i macocha gromadzili oddzielnie. Po śmierci ojca macocha bilon ten przechowywała w sobie znanych kryjówkach i gdy sama zmarła, córka jej a moja siostra przyrodnia, nie czekając pogrzebu, zażądała natychmiast spadku po matce. Spadek składał się z ogromnego kufra obitego sztabami żelaznymi. W tym kufrze, prawie pełny po wieko, znajdowały się zwoje płótna lnianego. Miał on też wbudowane różne skrytki, Aby ludzie zgromadzeni na pogrzebie nie byli świadkami niepotrzebnego zatargu miedzy bratem i siostrą oddałem ten kufer. Czasami przychodziła mi myśl, co macocha zrobiła z bilonem. Bilon ten ujawnił się z chwilą zgonu mojej siostry Marii Wąsowicz-Misiug.
     Jej syn Romuald zaczął sprzedawać złotniaki i przepijać je. Po pijanemu, w czasie snu, Romuald Misiug został okradziony ze złotników przez synów Konstantego Podleckiego, zamieszkałych w Małych Świętnikach, wnuków sołtysa opisanego w rozdziale "Kuszenie diabła", Przy podziale łupu, złodzieje się nie pogodzili i jeden brat w bójce zabił drugiego. Romuald Misiug starał się odzyskać skradzione złotniaki, lecz bez żadnego skutku, zostały przepite przez złodziei i ich kumpli. Tak to się kończy opowieść o pieniądzach zarobionych przeze mnie, mojego ojca, i ze spadku po mojej babce - żonie Daniela Gulbinowicza.

11.  Rozmieszczenie ziemi przed komasacją.

    Jak już wspominałem, wszystkie dzieci Kazimierza opuściły dom rodzinny przy ojcu pozostałem tylko ja. Razem z ojcem uprawialiśmy 20 h ziemi, była to ziemia w tak zwanych sznurach. Rozrzuconych w różnych miejscach wsi, w większych lub mniejszych kawałkach ziemi.Razem tych kawałków ziemi było 16 sztuk. Prócz tego wieś posiadała ziemię wspólna, koło szkoły - tak zwany wygon, łąki nad rzeczką obok wsi Pelikany oraz olchowy lasek zwany Olszniakiem tuż przy miejscowości Asiukła.

12.  Odezwała się żyłka polskości.

    W roku 1920 cofające się wojska sowieckie, z pod Warszawy, zaszły do wsi Świętniki na zaopatrzenie się w żywność, by móc potem dalej się cofać w kierunku Podbrodzia przez most kolejowy na rzece Wili. Od sołtysa, to jest ode mnie, zażądali zebrania z całej wsi żywności i zgromadzenia jej na placu obok budynku szkolnego. W czasie organizacji zbiórki żywności zauważyłem, że z kierunku południowego, od strony szosy Niemęczyn - Bujwidzie, zbliża się do wsi tyralierą jakieś wojsko. Po obserwacji rozpoznałem w nim Wojsko Polskie. Nie czekając długo, chyłkiem, niezauważony przez nikogo, udałem się w tym kierunku. Tam nastąpiło spotkanie i wyjaśnienie o sytuacji jaka panuje w wsi. W oparciu o moje objaśnienia, dowództwo legionistów rozdzieliło swych żołnierzy na dwa oddziały. Jedna trzecia wojska pozostała na miejscu, na czatach, a dwie trzecie jednostki wojskowej, pod wskazaniem moim, udało się w drogę okrężną aby zajść zgromadzonych Rosjan od tyłu. Te okrążenie trwało około 1,5 godziny. Następnie legioniści pozostali na czatach zaczęli strzelać z ukrycia w kierunku Rosjan. Strzały były zmasowane i wzbudziły popłoch wśród Rosjan, którzy napływającą żywność od chłopów porzucali i w popłochu zaczęli uciekać w kierunku Brasteli i dalej na most nad rzeką Wilią w Santoce. Droga była na dnie jaru, a tam po obu brzegach jaru, już czekali legioniści. Zasadzka udała, się rozbrojono w niej około 300 Rosjan.

13.  Żona i jej rodzina.

    Na początku roku 1920 zapoznałem pannę Wiktorię Gałecką z Bujwidź, a pod koniec tego roku pobraliśmy się. Ojciec żony Aleksander podupadły ziemianin, swojej ziemi nie posiadał, lecz tylko dzierżawił obce majątki. W tym czasie dzierżawił majątek ziemski w Bujwidziach. Matka żony Tekla, z domu Hryniewska, była szlachcianką zaściankową. Posiadała papiery szlacheckie i często w rozmowach rodzinnych pokazywała je nam. Żona miała liczne rodzeństwo i tak w kolejności: Konstanty, Kazimierz, Zofia, Józef, Stanisława, Wiktoria i Jadwiga. Według opowieści żony był jeszcze jeden brat o imieniu Antoni, prawdopodobnie był on najstarszy, nigdy go nie widziałem, ponieważ wyjechał na wojnę japońsko - rosyjską i nigdy z niej nie powrócił.

14.  Moje dzieci.

     Z małżeństwa mojego z żoną Wiktorią urodziło się pięciu synów.
w roku 1923 syn Józef
w roku 1928 syn Zdzisław
w roku 1930 syn Aleksander
w roku 1940 syn Daniel
w roku 1942 syn Jerzy
    Ponadto żona była w ciąży w 1938 roku lecz poroniła dziecko

15.  Śmierć i pochówek ojca.

     W dniu 27 maja 1926 roku umiera mój ojciec Kazimierz Gulbinowicz. Był to człowiek na ogół lubiany przez społeczność wiejską. Jako dobry śpiewak, organizował często spotkania sąsiedzkie, na których śpiewano piosenki religijne, zwane godzinkami. Jako śpiewak często chodził po pogrzebach, gdzie śpiewał przy zwłokach pieśni pogrzebowe. W związku z tymi jemu śpiewacy wiejscy śpiewali przy trumnie. Został pochowany na cmentarzu w Bujwidziach, tuż przy bramie, po lewej stronie, około 15 m od niej. Postawiłem na grobie ojca pomnik przypominający pień drzewa, z zaznaczeniem odchodzących od niego konarów.

16.  Pierwsze samodzielne rządy na gospodarstwie.

    Po śmierci ojca, ja obejmuję w pełni władzę nad ziemią. Staram się poprawić jej strukturę orną przez nawożenie organiczne i mineralne. Wprowadziłem nowe propagowane przez państwo rośliny i zwierzęta. Przykładem tego może być sprowadzenie do stada owiec barana bezrogiego typu merynos Dążyłem także do zmechanizowania prac w gospodarstwie jako pierwszy we wsi zakupiłem kierat (w języku potocznym Wilnian mówiono na niego manież), młockarnię i arfę. Przy pomocy brata Bronisława i pszczelarza z Wilna o, nazwisku Iskierko założyłem dużą pasiekę pszczelą, około 60 uli. Zakupiłem wirówkę (zwaną potocznie centerfugą) do oddzielania śmietany z mleka. W dalszej kolejności założyłem z zamożniejszymi rolnikami spółdzielnię mleczarską w osiedlu Ochotniki niedaleko Świętnik. Aby jeszcze zwiększyć dochodowość gospodarki ozierżawiłem od lasów państwowych, około 10 h, po wyrąbanym drzewostanie, na tej ziemi uprawiałem żyto i owies.

17.  Choroba żony.

    W tym czasie, a dokładnie 1931 roku żona moja Wiktoria zachorowała na gruźlicę. Leczenie trwało około 4 lat i kosztowało mnie 4 krowy, które zmuszony byłem sprzedać, by ją ratować. Wysiłek nie poszedł na marne, żona została wyleczona. Po chorobie jeszcze długo żona nie mogła się przystosować życia i otoczenia. Ciężko jej było z oddychaniem, szczególnie gdy szła pod wiatr lub pod górę.

18.  Zakup ziemi.

    W roku 1933, chociaż było trudno z braku pieniędzy, udało mi się ich zgromadzić tyle by zakupić 2,5 dziesięciny (w przeliczeniu na hektary to około 5 hektarów ziemi) od Piotra Barcewicza ze Świętnik. Zakupiona ziemia znajdowała się niedaleko miejscowości Czyżyszki. Pieniądze na zakup ziemi uzyskałem, poprzedniej zimy ciężką pracą, przy wywozie własnym taborem drewna dłużycowego z lasów państwowych nad rzekę Wilię, celem spławienia go do Wilna.

19.  Komasacja.

    We wsi organizowałem wśród rolników częste narady i namawiałem ich na gospodarkę komasacyjną, polegającą na zgromadzeniu ziemi z różnych miejsc w jedną całość w innym miejscu. W roku 1934 sporządziłem listę chętnych do takiej reorganizacji i złożyłem podanie do władz gminy Niemenczyn, z prośbą o przysłanie mierniczego celem przeprowadzenia we wsi komasacji. Mierniczy przybył i przez dwa lata 1935 - 1936 pracował przy komasacji gruntów wsi. Chciałem koniecznie by po komasacji otrzymać ziemię oddaloną od wsi. Choć tam ziemia była o słabszej kategorii gruntu, lecz tym samym mogłem jej otrzymać więcej. Jednak całość wsi nie chciała się na to zgodzić i zmusili mnie na ziemię położoną w całości przy miejscu zamieszkania. Ziemia tu była lepszej kategorii, a tym samym było jej mniej. Działka jaka mi przypadła, to z:emia orna 18 h obok domu, las 4 h położony miedzy koleją, a brzegiem Wilii, na przeciw osiedla Maziulany obok mostu kolejowego zwanego przez ludzi mostem Piłata. Las był oddalony w prostej linii od domu o 2,5 km Przypadła mi także łąka bagienna (torfowa) o powierzchni 2 h, porośnięta krzakami, w miejscowości Spragielina. Była on położona między koleją, a rzeką Wilią, niedaleko przystanku kolejowego Urwidów. Łąka była oddalona od domu o około 4 km.

20.  Budowa nowej stodoły.

    W latach 1939-1940 panował we wsi wielki ruch. Gospodarze rozbierali swe budynki, przewozili je na nowe miejsca i tam odbudowywali je na nowo. Ja takiego nakazu w sobie nie miałem, gdyż pozostałem z woli wsi na miejscu. To jednak zacząłem coś zmieniać w swoich budynkach. W pierwszej kolejności przyszła pora na stare gumno (stodołę), które było za małe dla potrzeb gospodarstwa, więc je rozebrałem. Tu jako ciekawostkę, dodam małą opowieść: Przy robieniu miejsca na budowę nowej stodoły musiałem wymłócić całe zgromadzone zboże w starej stodole. Omłoty były na początku wiosny, gdy panowały duże roztopy. Gdy omłoty dochodziły końca i zdejmowano już ostatnie pokłady snopów, nastąpiła inwazja nagromadzonych tam myszy. Pod każdym snopem było ich od 3 do 8. Koty i psy nie dawały sobie z nimi rady, więc my, miotłami i widłami gnaliśmy je z gumna na podwórko. Prawie cała stodoła była oblana dookoła bajorem, uciekające myszy tonęły w nim zbiorowo. Na miejscu starej stodoły pastwiłem nową, dużo, dużo większą. W nową stodołę wbudowałem wnękę na manież (kierat). W tej wnęce konie pracujące w manieżu miały dach nad głową, jako zabezpieczenie przed deszczem i upałem. Nowe gumno nie postało długo, dokładnie 14 lat.
     W roku 1948 we wsi z woli władzy ZSRR założono kołchoz. Odebrano mi wszystkie budynki, narzędzia pracy zwierzęta oraz ziemię. Choć gumno nie było już moje to jednak było mi go żal, gdy latem 1951 roku uderzył w niego piorun. Stodoła spaliła się doszczętnie, a wraz z nią pełno zebranego z pola zboża. Z obawy o swe życie ludzie nie mogli jej ratować, gdyż w płonącej stodole ciągle następowały jakieś wybuchy, bowiem w słomianym dachu tego budynku były schowane, przez mego syna Józefa, naboje do karabinu. Na zgliszczach stodoły, po pożarze kołchoz wybudował nowe gumno, już bez dobudówki na manież
   
 
 
                                                                                                                            CZYTAJ DALEJ WSPOMNIENIA