Wspomnienia Józefa Gulbinowicza

"Żyłem i przeżyłem życie,pozostały tylko wspomnienia"
Niniejsz wspomnienia dedykuję: Córkom: Hannie Baszyńskiej-Gulbinowicz i jej mążowi Ryszardowi Baszyńskiemu Dorocie Kaleniec-Gulbinowicz i jej mążowi Dariuszowi Koleniec oraz wnukom: Piotrowi Baszyńskiemu Barbarze Baszyńskiej Agacie Kaleniec

 

Józef Gulbinowicz


Motto:

Życie przemija, a z życiem ja.
Dobijam do swego żywota dna.
Chcę Ci przekazać, pamięci Twej.
Moje przeżycia na ziemi mojej.
Wspomnienia z życia jest pełen wór.
Lecz one ze mną znikną jak marny twór
Opowieści ustne nic nam nie dają
Bo w latach po sobie nic nie zostawiają
Więc biorę pióro i skreślam te słowa,
Aby w przyszłości potomek mego drzewa,
Z litości czy z dumy, wspomniał o przodku,
Co dał początek tego porządku


Wstęp

  
  A więc moi mili potomkowie, zanim zacznę pisać moje wspomnienia, chcę dać kilka wskazówek. Wspomnienia, jakie opiszę będę traktował jako osobistą spowiedź przed mym rodem, zarówno przeszłym jak i przyszłym potomkom. Spowiedź to może za mocno powie-dziane, ale w tych wspomnieniach opiszę moje dobre jak i złe czyny. Do was moi potomkowie będzie osądzenie mnie w swym duchu, czy zasługuję na miano dobrego czło-wieka, czy na złego.
    W swych wspomnieniach przemilczę fakty dotyczące osób, którym zaszkodziłbym swym opisem. Te osoby, jeśli zechcą to ujawnić w swych wspomnieniach to mogą zrobić, ja nie, dopóki żyją. Lecz w stosunku do osób zmarłych, ich tajemnicy nie będę ukrywał. Bo jeśli ja się dowiedziałem, to na pewno dużo więcej osób wie o tych tajemnicach naszych przodków. I w ten sposób będę tworzył historie naszego rodu. Dobrą czy złą, ale będzie to historia. Chciałbym, aby moje wspomnienia były dostępne do czytania tylko dla osób dorosłych rodu. Przy pisaniu wspomnień mogę popełnić dużo błędów ortograficznych i stylistycznych. Więc przebaczcie mi moi potomkowie. W gramatyce nigdy nie byłem silny. Pod tym względem zawsze kulałem.
    Gdyby tak zechciały wszystkie osoby żyjące w przyszłości, potomkowie rodu Gulbinowi-czów napisać swe wspomnienia z życia, to byłby wspaniały przyczynek do historii o naszym rodzie.
    Z lat mych po urodzeniu nic nie pamiętam. Jedynie znam je z opowieści matki lub ojca, wiec te fakty opisze tak jak opowiedzieli mi rodzice.

Rozdział  I- Dzieciństwo, lata przedszkolne.

1. Urodziny.

         Jak każdy wie, że żyjący człowiek musiał w odpowiednim czasie przyjść na ten świat Bo-ży, czyli urodzić się. Tak i ja z woli mych rodziców urodziłem się. A był to okres prac polowych przy wykopkach ziemniaków i warzyw, oraz prac związanych z rozłączeniem sło-my lnianej os włókna i paździerza. A był to dzień 23 października-(noc) 1923 r. Podobno przyszedłem na świat z wielkim krzykiem. Ojcem moim jest Zenon Gulbino-wicz, a matka Wiktoria Gulbinowicz z domu Gałecka. Miejscowość, w której urodziłem się to wieś Świętniki. Wieś znajduje się na Wileńszczyźnie, a dokładnie leży ona trzydzieści trzy kilometry od Wilna w kierunku północno-wschodnim i dwa kilometry na południe od ujścia rzeki Żejmiany do Wilji. Ojciec mój to średnio zamożny gospodarz tej wsi. Był szanowanym i lubianym przez wszystkich mieszkańców wsi. Matka pochodzi z ubogiej rodziny szlacheckiej. Jej ojciec nie posiadał własnej ziemi. Jedynie dzierżawił majątki ziemskie. Na chrzcie w kościele parafii Bujwidzie, dano mi imię Józef, jako dalsze kontynuowanie imienia Józefa Gulbinowicza, brata mego dziadka Kazimierza i Józefa Gałeckiego brata mojej matki. Moim ojcem chrzestnym został stryj Daniel Gulbinowicz, brat ojca. Zaś matką chrzestna została moja stryjenka Julia Gulbinowicz z domu Wąsowicz, żona stryja Antoniego Gulbinowicza, brata mego ojca. Ze względu na to, że byłem dzieckiem pierworodnym, więc gości na chrzcinach było więcej niż w normalnych chrztach. Na tę uroczystość były zaproszone wszystkie rodzeństwa zarówno od strony ojca jak i też matki wraz z małżonkami. A braci i sióstr ojciec i matka mają dużo, więc chrzciny były jak wesele. Wypito wiele napoi wyskokowych. Zjedzono wiele przysmaków wiejskiej produkcji. Podczas biesiady chrzestnej plotkowano o wszystkim i o niczym. Było wesoło. Następnie rozjechano się, każdy z rodziny w swoje strony zamieszkania. Dalej życie potoczyło się jak na wsi. Krzyk i płacz dziecka w mieszkaniu, , ciągłe pranie dziecinnych pieluszek i ubrań, a w gospodarce dalej praca i praca przy zwierzętach i na roli. Można powiedzieć, że bez końca. Ojciec zrobił dla mnie kołyskę w formie necki (małego łóżeczka) zawieszonej na zwisającej żerdzi u powału (sufitu). Żerdź była sucha i mocno sprę-żynowała. Przy lekkim poruszaniu ręką kołyska opadała na dół i następnie pod działaniem sprężystości żerdzi podnosiła się do góry, by później pod ciężarem kołyski z dzieckiem oraz ręki kołyszącego, opaść na dół. Potem do góry i tak dalej i dalej. Dziś jest to dziwne, ale w tamtych czasach, społeczność wiejska uważała, że aby noworo-dek był zdrowy, należy po kąpieli i przewinięciu z brudnych pieluszek, spowić je spowijaczem, tak jak spowijano mumię egipską. Jedynie zostaje nie zakryta twarz. Po zawi-nięciu w taki sposób, dziecko leżało sztywne bez żadnego ruchu. Ten zwyczaj nie pominął i mnie. Musiałem w tym spowijaczu leżeć przez cały rok, a może i więcej. Pewnie tego nie lubiłem, bo ciągle płakałem, a matka dla uspokojenia mnie huśtała kołyską.

2. Pierwsza samodzielna wędrówka.

    Analizując te samowolne opuszczanie mieszkania przez małe dzieci w naszej rodzinie, doszedłem do wniosku, że te ucieczki są wpisane w gen naszego rodu. Otóż, ja tego nie pa-miętam, ale z opowieści matki wynika, że ja w mych latach dzieciństwa też miałem taka przygodę. A było to gdzie w okresie letnim, gdy miałem lat około trzech. Wyruszyłem w samotną w nieznane. Poszedłem ze wsi droga polna na północ. Zniknięcie moje było dość długie. Zauważono moja nieobecność w zagrodzie gdzieś po godzinie. Matka zaczęła szukać mnie po całym obejściu gospodarczym. Zaglądała do wszystkich zakamarków, a gdy nie zna-lazła zaalarmowała mego dziadka, babcie i ojca, który w tym czasie kosił łąkę w miejscowości Bierukszta.
    Wszyscy domownicy zaczęli mnie szukać po całej wsi i polach pobliskich gospodarstwa. Gdzieś po czterech godzinach szukania, matka odnalazła mnie bawiącego się nad stawem w miejscowości- Prudele, oddalonych od domu około 800 metrów. Ja nad tym stawem beztro-sko pędzałem znalezioną gałęzią żaby, które uciekały pod moja rózgą. Matka z radości rozpłakała się. Zaczęła opowiadać mi, że małe dzieci nie powinny takich spacerów robić, bo mogą ulec wypadkowi, jak np. utoniecie w stawie. Po powrocie do domu ojciec dał mi parę klapsów na przestrogę, że tego nie wolno robić.

3. Grzybobranie.

     Te fragmenty z mojego życia ledwie sobie przypominam i to poszczególne obrazy. Wiem, że było ciemno. Krzaki przypominały mi jakieś stwory z opowiadań ojcowskich bajek. I ten mój wielki płacz. Pozostałą część tego zdarzenia opieram na opowiadaniu matki.
Otóż pewnego lata, gdy miałem lat cztery a może trochę więcej po wsi rozeszła się fama, że w okolicznych lasach wysypały się obficie grzyby. Matka przysłuchując się tym opowia-daniom postanowiła sprawdzić naocznie, czy to, co mówią ludzie jest prawdą: a że nie lubiła samotnie chodzić po lesie, wzięła mnie dla towarzystwa. Zabrała ze sobą dość duży koszyk. Ja dla zachęty otrzymałem mały dziecinny koszyk. Dzień był dość ciepły, ale pochmurny, a była to godzina druga po południu. Z matką poszliśmy do lasu rojstowych na skróty, poprzez zagłębienie w terenie zwanym roweczkiem, a dalej przechodził w jar. Lasy rojstowe leżały za polem uprawnym, zwane Brastelami. W lasach tych najpierw natrafiliśmy na obszary poro-śnięte krzewinkami zwanymi pijanicami, a na nich pełno dorodnych jagód. Na widok tego matka chciała porzucić zbieranie grzybów i zacząć zbierać te pijanice, lecz tuż za nimi na niewielkim wzniesieniu zauważyliśmy dużo rozmaitych grzybów. Małe i duże a wszystkie tak ładne i ta zdrowe. Zaczęliśmy je zbierać, lecz coraz dalej w las grzyby stawały się jednorodne, przeważnie borowiki. Mama zaniechała zbierania różnorodnych grzybów i przeszła do zbierania tylko borowików. Czas płyną nieubłaganie, kosze były już pełne a borowików było coraz więcej. Mama w swym zapamiętaniu automatycznie zdjęła z siebie lnianą koszulę, zawiązała ją sznurem z jed-nej strony i przełożyła do niej wszystkie grzyby z kosza. Widząc te mamine manipulacje z grzybami, a że mój koszyk też był pełny grzybów poprosiłem ją, aby moja koszulę też w ten sam sposób napełniła grzybami. Matka nie chciała się zgodzić, więc zacząłem płakać. Aby nie przedłużać tego konfliktu, mama uległa i zgodziła się na te posunięcia. Za chwilę moja koszulka została zawiązana sznurkiem, a grzyby z koszyka przeszły do niej. Następnie koszu-le z grzybami zostały w oznaczonym miejscu przykryte gałęziami świerkowymi, a my poszliśmy dalej zbierać grzyby do koszyków.
     Gdy kosze były pełne zauważyliśmy, że blask słońca został gdzieś za lasem i robiło się ciemno. Poszliśmy do miejsca gdzie zostały schowane nasze koszule z grzybami. Mama swój koszyk przewiązała paskiem od sukienki, by w ten sposób ułatwić niesienie grzybów na ra-mieniu. Widząc, co mama robi ja też zechciałem, aby moja koszula i koszyczek został związany w ten sposób. Mama tłumaczyła, że razem tego nie udźwignie odmówiła wykonania mojej prośby. Więc ja w płacz i to poskutkowało. Mój koszyk i koszulka z grzybami został połączony sznurkiem w jedną całość. Gdy zarzuciliśmy swe ciężary na plecy było już ciemno. Zaczęliśmy iść w drogę powrot-ną do domu. Zauważyłem, że z naszym chodzeniem jest nie tak jak trzeba. Ciągle chodziliśmy w kółko i ciągle wracaliśmy na te same miejsce. Zdenerwowanie matki przeszło i na mnie. Zapytałem- Mamo, dlaczego my ciągle wracamy na te samo miejsce. Odpowiedziała- synku mój zabłądziliśmy. Nie wiem, dokąd mam iść. Słysząc to ogromny strach padł na mnie. W każdym krzaku widziałem jakiegoś stwora lub wilka. Już nie chciałem nieść grzy-bów, uzbieranych przeze mnie. Matka ten mój ciężar wzięła do swojej ręki, zaś za drugą rękę trzymałem się ja jej kurczowo ze strachu. Tak ciągle kołując, nareszcie natrafiliśmy na znajome pole, tak zwane Brastale. W środku tego pola mama zrobiła odpoczynek. Nie wiem jak długo ten odpoczynek trwał, ale była to już późna noc. Po odpoczynku wyruszyliśmy w dalszą podróż. Po drodze jeszcze kilkakrotnie odpoczywaliśmy.
     Przed samym domem w swej dziecinnej zarozumiałości zażądałem od mamy zwrotu mo-jego tłumoka z grzybami. Chciałem pokazać reszcie mojej rodziny, jaki jestem dzielny i, że tak dużo nazbierałem grzybów. Gdy wróciliśmy do domu było już po północy. Wszyscy do-mownicy nie spali, byli zdenerwowani i czekali niecierpliwie. Od ojca mama i ja otrzymaliśmy tak zwany paternoster, (nakrzyczenie i pouczenie, że w taki sposób jak zostało zrobione nasze grzybobranie, nie można robić). Nasze tobołki zostały nie poruszone aż do rana. Wszyscy poszliśmy spać. Ja bez żadnej kolacji padłem na łóżko i natychmiast zasnąłem. Rano babcia i mama te grzyby zaczęły sor-tować, co do suszenia, co do natychmiastowego zjedzenia, a co do zamarynowania.
     Babcia napaliła w piecu- zwanym ruskim, gdyż w całej Rosji były na wsi wybudowane takie piece, cały z jednolitej gliny-zarówno dno, boki, góra pieca i jego tył. Przy okazji na przypiecku na żarze ojciec piekł borówki, upieczone posypywał lekko solą. Był to wspaniały przysmak, zarówno w smaku jak i zapachu.
     Po wygaśnięciu ognia w piecu babcia wygarnęła kaczergo (pogrzebacz) wszystek żar i popiół z pieca, następnie pomiołą (miotła na długim kiju zrobiona z gałęzi sosnowych z igli-wiem) wszystkie pozostałości w piecu dokładnie wymiotła na zewnątrz pieca. Można by powiedzieć, że do połysku. Następnie przy pomocy łopaty chlebowej z drewna układano grzyby na całym rozgrzanym dnie pieca. Potem cała zawartość pieca została zamknięta bla-szanym szybrem. Z zewnątrz pieca wydostawał się wspaniały zapach suszonych grzybów a do uszu ciągle dochodziły różnego rodzaju skwierczenie grzybów. Po paru godzinach grzyby były suche. Babcia je wybierała i gromadziła w odpowiednim woreczku, na późniejszy okres do zup i innych przysmaków grzybowych. Mam na trzeci dzień po grzybobraniu nie wytrzymała i ponownie zabrała mnie do lasu, lecz na zbieranie jagód pijanic. Nabraliśmy pełne kosze. Zgodnie z pouczeniem ojca nie cze-kaliśmy do nocy, wróciliśmy przed zachodem słońca.

4. Urodziny brata Zdzisława.

    O urodzinach brata Zdzisława nic nie pamiętam. Tu przytoczę suche fakty, że urodził się 28 stycznia 1928 r. w Świętnikach. Nie wiem, jakie były chrzciny i nie wiem, kto był jego ojcem i matką chrzestną. Pierwsze momenty jego przypominam, że spałem w jednym łóżku z nim. W dalszym wieku jego życia to przypominam jak poszedł do szkoły. W szkole nauka przychodziła mu łatwo, lecz w drugiej klasie zachorował na zapalenie opon mózgowych. Choroba przeciągała się, miejscowi lekarze z Niemenczyna nie mogli poradzić sobie z jego chorobą. Ojciec, gdy to stwierdził, zawiózł go do szpitala w Wilnie. W szpitalu przebywał ponad jeden miesiąc, z choroby tej został wyleczony. Choroba pozostawiła na nim swe piętno, w nauce szło mu już ciężko. Z nerkami i pęcherzem miał też coś nie tak, często w nocy posikiwał mi moczem pod bok. I to jest wszystko, co pamiętam z jego i moich lat dzieciństwa w tej sprawie.

5. Podpalenie warkocza.

    Nie wiem dokładnie ile miałem w tej sprawie lat, prawdopodobnie cztery a może pięć. Tu opiszę, jakie zaszło zdarzenie. Otóż siostra mojej babki po mamie wyszła za mąż za Pieslaka. Imię tej siostry babki oraz jej męża nie pamiętam. Mieli oni troje dzieci, dwóch synów i młodszą córkę Ewę. Z tego jak widzicie była ona dla mnie jakaś tam ciotka. Była ona ode mnie starsza o 10 lat. Jej rodzice zmarli nagle, przyczyna zgonu jest mi nieznana. Po pogrzebie krewni zaopiekowali się dziećmi. Ojciec i mama wzięli pod opiekę Ewę Pieslak. U nas ona pomagała mamie w pracy domowej, robiła to wszystko, co mama.
     Po pól roku pobytu Ewy w naszym domu nastała zima. Jak zwykle po obejściu rannym przy zwierzętach i zjedzeniu śniadania babcia poszła do swojej córki w odwiedziny, Marii Wąsowicz. Ojciec młócił zboże w stodole. Mama i Ewa przędły nici lniane na kołowrotkach, każda oddzielnie w innym pomieszczeniu domu, mama w kuchni, Ewa w pokoju stołowym. Ja natomiast nudziłem się, biegałem w pomieszczeniu domowym dookoła. Nic mnie nie inte-resowało, tylko domagałem się od mamy opowiedzenia jakiejś bajki. Mama odmawiała, ja szedłem do ciotki Ewy i prosiłem, by ona opowiedziała jakąś bajkę. Ewa sama była podlot-kiem i nie znała bajek, więc też mi odmawiała. Z powrotem wędrowałem do mamy i dalej prosiłem, lecz bez żadnych skutków.
     W tej wędrówce zauważyłem ojca zapalniczkę leżącą w szafce na półce. Wziąłem ją i za-cząłem nią bawić się, siedząc na ławce za plecami Ewy. Bardzo mi się spodobały jej iskrzenie, gdy pokręcałem za kółko. W pewnym momencie knot w zapalniczce zapalił się. Zachciało mi się z tym płomieniem coś zapalić, a że w pobliżu mnie znajdowały się roztrze-pany na swych końcach warkocz ciotki Ewy, oraz to, że miałem złość do niej, że nie chciała opowiadać bajek, podłożyłem ogień pod warkocz. Warkot kołowrotka stłumił moją zabawę przy zapalniczce i ciotka nic nie słyszała trzasków iskier zapalniczki. Dopiero poczuła swąd palących się włosów oraz blask ognia od tyłu głowy. Wydała przeraźliwy krzyk i pobiegła z palącymi się włosami do kuchni. Tam przy pomocy mamy ogień został stłumiony wodą z cebra (ceber- wiadro drewniane, tylko dużo większe).
     Następstwem tego było pierwsze w mym życiu duże lanie, pasem po pupie przez moją mamę. Część uratowanych włosów Ewy mama podstrzygła. Uratował je od całkowitego spa-lenia splecenie w warkocz. Na odrost włosów czekano prawie cały rok. Ewa nie doznała żadnego oparzenia na ciele, gdyż była dość grubo ubrana. Ja nauczyłem się, że z ogniem nie można bawić się. Mama i Ewa z tego zajścia nie wyciągnęły żadnych wniosków, a mianowi-cie, że znudzonemu się dzieciakowi należy dać jakąś interesującą zabawkę.

    

6. Urodziny brata Aleksandra.

    Tu jest odwrotnie niż podczas narodzin brata Zdzisława. Z urodzin brata Aleksandra dość dużo obrazów pozostało w mej pamięci.
     Na początku przejdźmy do suchych faktów. Brat mój Aleksander-Kazimierz urodził się w dniu 1 maja 1930 roku w miejscowości Świętniki. Chrzest odbył się w maju w niedzielę. W tym dniu było bardzo słonecznie. W sadzie kwitły wszystkie drzewa owocowe.
     Na chrzciny przyjechało całe rodzeństwo ojca wraz ze swoimi rodzinami. Chrztu dokonano w kościele parafialnym w Bujwidziach. Ojcem chrzestnym był brat dziadka Kazimierza- Domi-nik Gulbinowicz, a matką była stryjenka Jadwiga, żona Alfonsa Gulbinowicza- brata mego ojca. Chrzczony na chrzcie otrzymał dwa imiona, pierwsze imię na cześć dziadkamojej ma-my Aleksandra Gałeckiego, a drugie imię na cześć dziadka po ojcu Kazimierza Gulbinowicza. Stryj Bronek na chrzest przyjechał z małym kieszonkowym rewolwerem i dwiema wiewiórkami w klatce. Gdy kumowie pojechali z małym do kościoła pozostali goście, to jest mężczyźni zrobili strzelnicę w sadzie i do niej ćwiczyli zręczność i celność strzału. Zaś wszystkie stryjenki i pozostała płeć piękna i dorosła plotkowali o strojach i różnych wypiekach kulinarnych. Na-tomiast młodzież i dzieci bawiły się i karmiły cukrem wiewiórki. Ktoś nieostrożnie otworzył drzwiczki klatki i wiewiórki uciekły do sadu starego na drzewa. Powstała ogólna panika, jak złowić na drzewach wiewiórki. Dzieci łaziły za wiewiórkami po drzewach, lecz one były bardzo sprytne, ciągle przeskakiwały z gałęzi na gałąź i ciągle uciekały od dzieci. To trwało parę godzin. Dzieci w pogoni za wiewiórkami byli całkowicie wymęczeni, więc zarzucili tę zabawę. Stryj Bronek, gdy stwierdził, że wszyscy mają dość zabawy z wiewiórkami wziął z mieszkania garść cukru w kostkach i poszedł do sadu, gdzie były te małe gryzonie. Ułożył kostki cukru w ten sposób, że prowadziło to do niego i do klatki stojącej obok niego. Resztę gości, aby nie wystraszyć wiewiórki na prośbę stryja oddaliła się od miejsca wabienia wiewiórek. Długo czekać nie trzeba było. Wiewiórki zeszły z drzew i po kostkach z cukru weszły same do klatki. Gdy chrzestni z dzieckiem wrócili z kościoła starsi goście zasiedli do stołu by sobie po-biesiadować, a dzieci i młodzież zaczęli organizować sobie różne zabawy, jak w berka lub szukanego. Zabawa w szukanego odbywała się w gumnie (stodole), gdyż tam było najwięcej miejsc do schowania się. Otóż w gumnie, prawie przez pól jej długości były ustawione kule (duże snopy słomy żytniej ładnie uszeregowane) z przeznaczeniem na wymianę pokrycia da-chu domu. Dzieci w te kule zaczęły wchodzić i kryć się (chować się) w niej od osoby, która będzie szukać. Po dwóch godzinach takiej zabawy kule rozpadły się i z zaszeregowanej słomy stały się normalną trzęsionką, przydatną na podściółkę dla zwierząt.
     W czasie przyjęcia do ojca nie dotarła wiadomość o katastrofie ze słomą, lecz na drugi dzień, gdy goście rozjechali się, a ojciec zaglądał do gumna i załamał ręce z rozpaczy. Wpadł jak szalony do domu, chwycił za pas i zaczął nim okładać mnie po pupie. Babka stanęła w mojej obronie- nie bij go, bo on jest tu najmniej winny, winni jesteśmy my wszyscy dorośli. Byliśmy na przyjęciu tak zajęci sobą i nie zwracaliśmy uwagi, co dzieci robią. Tak to dzięki babce lanie pasem było niewielkie, a dach nad domem musiał czekać jeszcze rok na nowe pokrycie.

7. Szerszenie i ognisko na pasiece.

    Nie wiem dokładnie, w którym to roku było, ale prawdopodobnie latem 1931r. W tych la-tach ojciec przeważnie dzierżawił od Lasów Państwowych pasieki, by w ten sposób zwiększyć dochodowość swojej ziemi. Pasieka jest to obszar ziemi pozostałej po wyrębie lasów. Te obszary ziemi dopóty nie zostaną z niego wykarczowane wszystkie pnie drzewne były wydawane w dzierżawę dla chętnych okolicznych rolników. Praca na tych pasiekach była ciężka. Zaorać ziemię wśród tylu pni drzewnych to jest nie lada problem. Gdy zostało to wykonane ojciec przeważnie na niej zasiewał żyto. Zabronowanie zasianego żyta też było trudne, ale po tym ziemia odpłacała się czterokrotnym wzrostem plonów. Kłosy są dorodne, duże i pod ciężarem ziarna zwisają na łodydze aż do ziemi. Ten wzrost plonów daje bogaty w składniki pokarmowe gruba warstwa próchnicy leśnej. Próchnica leśna była gromadzona tak długo jak na tym miejscu rósł las.
     Otóż jak wspomniałem powyżej ojciec w tym okresie dzierżawił pasiekę leśną w miej-scowości Nadatki. Pasieka była zlokalizowana tuż nad doliną ciągnącą się aż do linii kolejowej i nazywano ją dolina Aleksandra. Dookoła pasieki rósł dużylas. Obszar pasieki wynosił około pięć hektarów ziemi. Żyto już dojrzało, trzeba było je zebrać. Kosą wśród tych pni nie było można skosić, więc ojciec wynajął ze wsi kobiety do zbierania zboża za pomocą sierpa. Bardzo mi się podobało patrzeć jak kobiety swymi sprawnymi rękami ścinały sierpem zboże i układały je równo na uprzednio związanym przewiąśle ze słomy, omłóconej ze zboża.
     Rano ojciec zaprzęgną konia do wozu i zabrał na nim całą rodzinę na tę pasiekę, tj. mamę, babcię, mnie, dwoje małych moich braci i parobka. Najęte żniwiarki same przyszły na pasie-kę. Na rżysku, to jest na wolnym miejscu po zżętym zbożu rozbijano obozowisko. Tam babcia przygotowywała napoje i jedzenie dla żniwiarzy oraz opiekowała się moimi małymi braćmi. Mama razem ze żniwiarkami żęła żyto. Ojciec z parobkiem wiązał snopy żyta i ukła-dał je w kopki. Każda kopka miała dziesięć snopów. Całość kopki przykrywał jeden snopek, komlami do góry a kłosami do dołu i w ten sposób zakrywał całość kopki od ewentualnego deszczu. Ja ganiałem wśród żniwiarzy, przeważnie zbierałem grzyby, których było pełno dookoła pasieki lub zbierałem poziomki i czarne jagody, zwane czerwicami. Pełno ich było przeważ-nie w pobliżu pni drzewnych. Jak nazbierałem tych jagód dużo, babcia z nich robiła kompot dla żniwiarzy. Grzyby babcia zabierała do domu i tam je przygotowywała do jedzenia lub do suszenia. Nauczony przez ojca często piekłem grzyby koło ogniska na rozżarzonym żarze. Dookoła pasieki było dużo nagromadzonych karczy smolnych, ponieważ ubiegłego lata brygada leśnych robotników na pasiece powyrywała z ziemi część przegniłych a zarazem smolnych pni. Babcia z tych nagromadzonych smolaków korzystała biorąc je do rozpalenia ogniska obozowego.
     Ale zmieńmy temat, do niego jeszcze powrócę. Natomiast żniwiarzom stanęła na prze-szkodzie w pracy dziupla ze zgniłym pniem starej martwej lipy. Stała ona na skraju pasieki a w niej w dziupli zamieszkały szerszenie. Właśnie te szerszenie nie pozwalały w okolice tej dziupli zebrać zboże. Ojciec zadecydował, że żniwiarze przejdą żąć w inne miejsce pasieki, a on późnym wieczorem wypali w dziupli wszystkie szerszenie. Jak powiedział tak i zrobił. Pojechał konno do domu, przywiózł z mieszkania pszczelą siatkę na głowę, towotu oraz pa-kuły konopne. Na poszczególnych kawałkach karczy smolnych namotał pakuły uprzednio namoczonych w towocie i gdy zapadł zmierzch a szerszenie wszystkie powróciły do dziupli, ojciec przy pomocy parobka zapalił te pochodnie smolne i nimi pozatykał wszystkie dziury starej lipy.
     Ogień zapalił wewnętrzną zgniłą część lipy i to wytworzyło bardzo dużą ilość dymu. Ten dym wydostawał się ze wszystkich otworów spróchniałej lipy. Żaden z szerszeni nie uratował się. Wszystkie zginęły od ognia i dymu. Opalona lipa przewróciła się. Ojciec zewnętrznie ugasił ogień, lecz wewnątrz pnia tliło się przez całą noc i do godziny dwunastej dnia następnego.
     Na wieczór żniwiarze powrócili pod ten pień lipy, aby dokończyć przerwaną pracę po-przedniego dnia. Ja natomiast rozochocony widokiem palącego się pnia drzewa lipowego rozmyślałem nad tym, żeby jeszcze raz zrobić takie palenisko jak ojciec. Pod mój wzrok na-patoczył się zgromadzony dość duży stos smolaków pod drzewem świerkowym na obrzeży pasieki. Dużo nie czekając wziąłem część palących się gałęzi z ogniska, gdzie babcia gotowała obiad dla żniwiarzy i podłożyłem je pod stos smolaków. Ogień wybuchł natychmiast, gdyż smolne drzewo było bardzo suche. Płomień sięgał do pięciu metrów w górę. Od temperatury wysokiej zaczęły się palić igliwia i gałęzie tego świerka. W swym zamiarze nie przewidywa-łem, że dojdzie do zapalenia się świerku. Zacząłem krzyczeć i wzywać pomocy. Ze żniwiarzy uczestniczących przy spożywaniu posiłku obiadowego najprędzej zauważyła płomień mama. Porzuciła jedzenie, zaczęła biec do ognia, za nia reszta żniwiarzy. Przy po-mocy gałęzi i różnych żerdzi rozgarnięto płonący stos smolaków i ugaszono je całkowicie przy pomocy ziemi rzucanej na szczapy smolne.
     Końcową fazą tego zajścia było duże lanie pasem po mojej pupie rękami mojej matki.

8. Królik plus sierp to blizna na ręku.

    Na początku nie chciałem opisać tego zdarzenia, ponieważ nie jest ono takie ważne w mo-im życiu, lecz po dużym namyśle doszedłem do wniosku, że skoro na kciuku lewej ręki noszę całe życie bliznę, więc zasługuje by ją umieścić w mych wspomnieniach.
     Było to tak. Gdzieś pod koniec roku 1930 u mego kolegi z sąsiedztwa Franka Lipińskiego rodzice hodowali króliki. Mieli ich bez liku. Były czarne, białe i łaciate o różnych kolorach. Przeważnie posiadały krótkie włosy, lecz niektóre króliki posiadały długie owłosienie. Na nich mówiono, że to są angory. Gospodyni domu przy pomocy dzieci czesała te króliki grzebieniem i w ten sposób pozyskiwała wełnę królicza. Gromadziła je do przyszłego przerobienia na nić w kołowrotku a dalej na swetry. Z krótkowłosych królików były niektóre bardzo duże. Mówiono, że są to króliki ras belgijskiej. Lubiłem u nich przebywać i przyglądać się jak te króliki baraszkują w swych klatkach, jak też luzem w zagrodzie. Z czasem takich oględzin w mym umyśle powstał za-miar, aby i u nas były króliki. Zacząłem prosić mamy i taty, aby mi kupili króliki.
     Rodzice mi ciągle odmawiali. Tłumaczyli mi, że nie maja czasu bawić się przy obsłudze królików. Ja mówiłem im, że będę karmił sam króliki i sprzątał po nich. Takie dyskusje na ten temat trwa-ły przez cała jesień. Międzyczasie odwiedził nas stryj Daniel. Przypadkowo usłyszał moją rozmowę z rodzicami na temat królików. Nic nie powiedział, lecz gdzieś po nowym roku w styczniu 1931 r. przywiózł w koszyku dwa prawie dorosłe króliki maści srebrzystej. Dał mi je mówiąc, masz od ojca chrzestnego prezent i hoduj je według własnego uznania. Takiego koloru królików nie miał mój kolega, więc byłem z nich dumny. Mówiłem do niego, że moje króliki są ładniejsze od jego. Z początku trzymałem je w mieszkaniu w dużym koszu na bieliznę, później mama kazała je wynieść z mieszkania. Przy pomocy ojca w wozowni została zrobiona mała zagroda i tam przeniesiono króliki. Króliki rosły, a przy nich było coraz więcej pracy. W jedzeniu ciągle były nienasycone. Zjadały wszystko, chleb, marchew, kapustę, owoce, siano i różne ziarna. Nadeszła wiosna a z nią zaczęły rosnąć w ogrodzie i na łąkach różne zielska. Zbierałem je do kosza rączkami i przynosiłem do zagrody królików. Zjadały prawie wszystką trawę, co zebrałem. Najlepiej lubiły zjadać mlecz. Przy ciągłym zrywaniu trawy zacząłem nudzić się i czułem zmęczenie.
     Chciałem to jakoś usprawnić. Widziałem, jak mama sprawnie posługiwała się sierpem przy zżynaniu traw. Postanowiłem i ja spróbować w ten sposób zbierać trawę. Po cichu zabrałem sierp, wziąłem worek i poszedłem za gumno i sad na wspólną miedze między ziemią ojcowska a sąsiada. Tam rosła wielka soczysta trawa. Zacząłem zżynać trawę sierpem. Brałem lewą garścią ręki trawę a sierpem prawej ręki ścinałem ją. Po kilku takich cięć sierpem stwierdziłem, że za wysoko od ziemi obcinam trawę, więc lewą ręką zagarnąłem trawę tuż nad ziemią, założyłem pod rękę sierp i pociągnąłem min mocno. Poczułem okropny ból w kierunku lewej ręki. Syknąłem z bólu, odrzuciłem trawę z lewej ręki i sierp z prawej ręki. Zaglądam na palec, widzę z boku tuż przy paznokciu dość duży i gruby płat skóry mięśnia zwisającego od palca, ponadto strugę cieknącej czerwonej krwi. Nie wiedziałem, co począć, krzyczeć pomocy, czy biec do domu. Bałem się, że w mieszkaniu za ten czyn dostanę lanie.
     Postanowiłem sam coś z tym zrobić. Przyłożyłem odkrojony płat skóry z mięśniem do palca i mocno przycisnąłem palcem wskazującym tej ręki. Krew przestała płynąć. Porzuciłem worek z trawą i sierp na miedzy, chyłkiem powróciłem do domu. Po drodze na podwórku w wodzie z wodą umyłem ręce ze krwi, nie puszczając przyciśniętej rany. W stancji (druga część domu przeznaczona na wizyty gościnne) w szufladzie stołu znalazłem czystą szmatę i nici. Obwinąłem mocno jak umiałem ranę palca i zawiązałem nitką. Rana bolała, lecz cierpia-łem i nic nikomu nie mówiłem. Każdy z rodziny był zajęty swoimi sprawami. Nie zauważyli, że mam obwiązany palec. Po dwóch godzinach, gdy całkowicie uspokoiłem się nerwowo po-szedłem na miedzę zabrać sierp i worek z trawą. Więcej już nie pracowałem z sierpem przy zbieraniu trawy. Trawę, choć to trwało długo, zbierałem znowu prawą ręką.
     Dziś jak patrzę na tę bliznę to stwierdzam, że to było mocne przeżycie dla małego dziecka, bowiem blizna w swym obwodzie ma około trzy centymetry. Górna część skóry obumarła i w tym miejscu jest małe wgłębienie w palcu, zaś w miejscu przyrośniętego płata do palca jest małe pogrubienie.
     Z czasem zapał do hodowli królików u mnie zaczął zanikać, tym bardziej, że króliki nie rozmnożyły się, bo były to dwa samce. Wyrosły na duże króliki i przy mojej zgodzie ojciec zabił je. Był wspaniały obiad dla całej rodziny, zaś ze skórek po kuracji garbarskiej taty, uszyto z nich kołnierz w moim płaszczu szkolnym.

9. Więzień śniegu.

    Jak pamiętam z mych dziecinnych lat na Wileńszczyźnie zimy były zawsze srogie. Padało dużo śniegu. Zaspy śniegowe dookoła budynku sięgały często do wysokości trzech metrów. Jeśli budynek był niski to zaspy sięgały dachu i łączyły się z nim jako całość.
     W niektórych gospodarstwach wiejskich, gdy zaszedł taki wypadek połączenia dachu z zaspą śniegową dzieci wykorzystywały to jako górkę zjazdową na saniach i nartach.
     Ciekawie też wyglądało dojście do budynku zasypanego. Po prostu wykopywano tunel w śniegu. Otóż pewnej zimy, nie wiem dokładnie, ale prawdopodobnie z 1930 na 1931 roku była taka zima jak wspomniałem wyżej. Śniegu może nie było tak dużo, lecz na ulicy sięgał on do dwóch metrów. Zima cały czas była mroźna, dopiero w lutym przyszła odwilż. Śnieg zaczął topnieć. Ja miałem dużą chętkę wyjść pospacerować po ulicy i wokół budynków. Ma-ma mnie ubrała i wypuściła na dwór. Żeńska część rodziny i moi mali bracia pozostali w mieszkaniu. Mama i babcia pracowały przy wyrobie nitek lnianych na swych kołowrotkach. Ojciec ze służbą pracował w stodole przy omłocie zboża. Ja samotnie chodziłem. Ciągle zapadałem się w śnieg, gdy zszedłem ze ścieżki na świeży nie udeptany śnieg. W pewnym momencie postanowiłem przejść koło domu kolegi Franka Lipińskiego. Myślałem, że on też jest na podwórku i z nim zabawimy się w budowę śniegowego bałwana.
     Nagle idąc w tym kierunku, noga lewa wpadła mi w śnieg po wyżej kolana. Próbowałem ją wyciągnąć, lecz nie miałem siły. Co gorsze drugą nogą na kolanach i rękoma coraz mocniej ubijałem śnieg dookoła lewej nogi. I tak stałem się więźniem śniegu. Stałem tak a raczej ku-całem bezradnie około godziny, czekając na kogoś idącego ulicą by udzielił pomocy. W tym czasie cała wieś była zajęta swoimi sprawami. Nikt nie szedł ulicą, zacząłem się coraz bardziej denerwować. Stan bezruchu w jednym miejscu powodował szybkie ochłodzenie ciała. Czułem jak mnie przenika zimno. Zacząłem krzyczeć i wołać o pomoc, lecz nikt nie słyszał mojego wołania. Nerwy nie wytrzymały i za-cząłem płakać. Najpierw głośno, potem z braku sił coraz ciszej. Taki stan trwał godzinę a może nawet dużo więcej. Z tego wszystkiego z zimna, strachu i płaczu zacząłem odczuwać błogi sen, więc skuliłem się na śniegu i tak leżałem jak pozwalała ugrzęzła noga w śniegu. Już prawie zasypiałem, gdy usłyszałem wołanie mamy. Ona też zdenerwowała się, że tak długo nie wracam do domu. Wyszła na podwórko po-szukać mnie. Na głos matki zebrałem wszystkie ostatnie me siły i zacząłem rozpaczliwie wołać o pomoc. Mam przybiegła do mnie. Próbowała wyciągnąć nogę ze śniegu, nie dała rady. Musiała iść po szpadel i przy jej pomocy wykopała moją nogę ze śniegu. W mieszkaniu musiałem długo rozgrzewać się na gorącym piecu.
     Babcia zrobiła wywaru, napoju z kwiatu lipowego i miodu. Kazano mi to wszystko wypić. Po tym wywarze i przebywaniu na gorącym piecu bardzo się pociłem. Te babcine lekarstwa i gorący piec prawdopodobnie uratował mnie od choroby. I tak moi mili czytelnicy skończyła się moja przygoda ze śnieżnym więzieniem.


                                
  • czytaj dalej

  •