Czesław Noniewicz   "Za Wilnem"

 

 Czesław Noniewicz urodził się na Wileńszczyźnie w 1937 r. i tam kończy szkołę średnią z polskim językiem nauczania. W 1956 r. wstępuje do Instytutu Pedagogicznego w Nowej Wilejce, a w roku następnym wyjeżdża do Polski Ludowej. W Warszawie kończy studia ekonomiczne i pracując kolejno w Polskiej Akademii Nauk, na Uniwersytecie Warszawskim i ponownie w PAN uzyskuje w 1971 r. stopień doktora habilitowanego nauk ekonomicznych. Po kilku latach jeszcze raz zmienia miejsce pracy przenosząc się do Białegostoku, gdzie wśród lokalnych ekonomistów jest pierwszym samodzielnym pracownikiem naukowym. Z jego przejściem do Białegostoku wiąże się uruchomienie studiów ekonomicznych w białostockiej Filii Uniwersytetu Warszawskiego. Obecnie jest zatrudniony na stanowisku profesora zwyczajnego Uniwersytetu w Białymstoku, gdzie kieruje Katedrą Historii i Teorii Pieniądza. Przygodą, nie związaną z jego pracą zawodową, stało się zebranie ponad siedemdziesięciu relacji osób pochodzących z północno-wschodniej Wileńszczyzny. Jest też pierwszym, a rnoże i jedynym ich słuchaczem, któremu udało się zanotować wspomnienia tych osób. Zbieranie i porządkowanie tego materiału zajęło mu prawie dziesięć lat.

 

Pamiętajmy o przodkach

        Swoje "korzenie" znam tylko z przekazów ustnych. Zacznę od linii żeńskiej. Moja prababka, Franciszka Mikulewicz, żyła we wsi Maguny, przynależnej najpierw do parafii Korkożyszki, a później do parafii Bujwidze. Pochowana została na cmentarzu w Bujwidzach i obecnie nie ma śladu po jej odarnowanej kiedyś mogile, nad którą rosła brzoza. Być może pozostała tylko ta brzoza.
    Moja prababka wraz ze swoim mężem, Tadeuszem czy też Mateuszem, pracowała zarobkowo w okolicznych gospodarstwach, bo własnej ziemi nie miała. Czy pracowali także w jakimś folwarku - nie wiadomo. Nie wiadomo też, w jakim wieku umarł i gdzie został pochowany Tadeusz bądź Mateusz Mikulewicz, wiadomo natomiast, że uczestniczył w jakiejś wyprawie wojennej na ziemiach polskich i po zakończeniu działań chciał zabrać w tamte strony również swoją żonę. Franciszka jednakże nie zdecydowała się na wyjazd, chociaż całą nieruchomość w Magunach stanowiła tylko mała chatynka. Wyemigrował natomiast jeden z jej synów, prawdopodobnie do Ameryki. Drugi zaś syn pracował w Balingródku i mieszkał tam w zabudowaniach folwarcznych. Umarł dosyć młodo, pozostawiając syna. Wśród trojga potomstwa Mikulewiczów na uwagę zasługuje córka Rozalia, której obraz zachowałem w pamięci: była to moja babka. (...)
    Mój dziadek, Piotr Oberlan, urodzony w 1844 roku w Rubnie, był synem Mateusza czy też Tadeusza, o którym wiem tylko tyle, że młodo umarł, a owdowiała żona zaczęła pracować w dworskiej kuchni w Rubnie, zaś jedyne jej dziecko, Piotr, miał wówczas zaledwie kilka lat. (...) Z małżeństwa Piotra i Rozalii urodziło się pięcioro dzieci: Bronisława (1891), Kazimiera (1892), Piotr (1893), Józef (1901) i Jadwiga (1905). Gospodarstwo nie było duże, lecz żyli dostatnio dzięki stateczności gospodarza oraz pomysłowości gospodyni, a także dzięki pracowitości obojga. Nieszczęście do tego domu przyszło w 1912 roku. Wówczas to w styczniu umarła na gruźlicę Bronia, zaś latem, na nie ustaloną chorobę - Kazia. W marcu 1914 roku umarł mąż Rozalii na wylew krwi do mózgu. Najstarszy syn jesienią tego samego roku odszedł z domu jako poganiacz koni dla potrzeb wojska, zaś Wigilię spędził już w żołnierskim mundurze na froncie rumuńskim. Rozalia pozostała z dwojgiem dzieci: trzynastoletnim Józkiem i dziewięcioletnią Jadzią. (...) Swaci przyjechali do Jadwigi po raz pierwszy, gdy miała szesnaście lat, zaś osobą swataną był kawaler z Tawryi. Panna odmówiła ze względu na swój młody wiek. Po trzech latach kawaler ów ponowił starania i wówczas Jadwiga odmówiła definitywnie: był niskiego wzrostu, chociaż podobno posiadał dworek. Swaci przychodzili wielokrotnie, z samego Rubna oraz z bliższych i dalszych okolic: z Majkun w parafii bujwidzkiej, a także z Bujwidz (zarządca dworu), z Koreniat za Kiemieliszkami, z Ławaryszek i Niewiaryszek oraz z Łoźnik i Żwirbli koło Nowej Wilejki. Wśród nich niepostrzeżenie zjawił się Julian Naniewicz z Dziekaniszek. Jego przyjście ze swatem zostało prawie nie zauważone w rodzinie Oberlanów, lecz on właśnie okazał się tym, który zabrał Jadwigę z Rubna na zawsze. Julian Naniewicz spędził dzieciństwo w domu Gulbinowiczów w Wilkińcach. Jego dziadek, Justyn Gulbinowicz, był jednym z trzech braci Gulbinowiczów, mieszkających w okolicy Bujwidz, na zaścianku zwanym Wilkińce. Dwaj pozostali bracia - Józef i Franciszek - mieszkali w Szukiszkach koło Pryciun. (...)
     Obie moje babcie pochodzą właściwie z tego samego terenu, bowiem Maguny od Wilkińc dzielą niecałe cztery kilometry po linii prostej. Te miejscowości, jak też okolice Niemenczyna, Bujwidz, Korkożyszek i Podbrodzia, zamieszkiwała ludność mówiąca tylko po polsku. Natomiast Rubno i Dziekaniszki znajdowały się w takiej strefie, gdzie mówiono po polsku, jak też gwarą zbliżoną do języka białoruskiego. Dalej zaś, w Ławaryszkach, Szumsku i Kienie, mówiono przede wszystkim gwarą i dosyć nieporadnie po polsku. Moje obie babcie, ze względu na swoje pochodzenie, do końca życia nie nauczyły się mówić gwarą. (...) Ślub odbył się 10 czerwca 1930 roku, a młodzi zamieszkali w Dziekaniszkach w domu Naniewiczów. Pierwszy rok po ślubie upłynął w napięciu i ustawicznych tarciach między rnłodym małżeństwem a braćmi i siostrami Juliana. Jadwiga, przyzwyczajona dotychczas do spokoju i ładu rodzinnego, musiała dać sobie radę, występując w roli synowej w skłóconym środowisku. (...) Julian był biednym synem bogatych rodziców. Nawet na własne wesele musiał pożyczać pieniądze. Pożyczkę tę spłacił zaciągając kolejną pożyczkę. Ojciec nocami pracował zarobkowo jako szewc.
   Gdy nadarzyła się praca zarobkowa przy wyrębie lasu, podjął się i tej pracy, mimo choroby. Jadwiga hodowała tuczniki i w ogóle wykazywała dużą umiejętność w prowadzeniu gospodarstwa. Julian natomiast nie miał wprawy w tym zakresie, bo przedtem był jakby parobkiem w dużym gospodarstwie, a rolnictwo go nie pociągało. W rezultacie różnorodnych starań i wytężonej pracy zgromadzone zostały pieniądze w ilości wystarczającej, by wybudować dom. Stanął on w 1938 roku. Z dala od ulicy, na wzniesieniu prezentował się okazale. Byłem wtedy rocznym dzieckiem.
    Miejsce urodzenia Urodziłem się w Dziekaniszkach. Była to średniej wielkości wieś na Wileńszczyźnie, zwrócona ku wschodowi. Kierunek ten wynikał być może z ukształtowania terenu i położenia folwarku, który znajdował się przed wsią, a być może przyczyną tej orientacji zarówno folwarku jak i wsi była znajdująca się na wschodzie Bystrzyca. Kościół w Bystrzycy ufundowany został przez Jagiełłę w trzy lata po przyjęciu chrztu na Litwie. Za Zygmunta I wzniesiono kościół murowany, przebudowany w 1760 roku, zaś po upadku powstania styczniowego zamieniony na cerkiew prawosławną. Bystrzyca z czasem straciła na znaczeniu i stała się jedynie wsią targową. Po odzyskaniu niepodległości przywrócono istniejącej tam budowli sakralnej funkcję kościoła katolickiego. Jednak mieszkańcy Dziekaniszek już od dawna udawali się na nabożeństwa nie do Bystrzycy, lecz w kierunku południowym- do Ławaryszek. Ławaryszki były miasteczkiem parafialnym, leżącym na tzw. trakcie Batorego.
    Trakt ten z Wilna poprzez Mickuny, Ławaryszki, Michaliszki prowadził Stefana Batorego przeciw Iwanowi IV. Poczynając od Wilna, pierwszym miasteczkiem na trakcie Batorego jest Nowa Wilejka ze wznoszącym się na wzgórzu jednowieżowym kościołem neogotyckim, wymurowanym w 1911 roku. Następnie są Mickuny, odległe od Wilna o 12 km. Majątek w Mickunach należał w pierwszej połowie XIX w. do doktora Becu, ojczyma Juliusza Słowackiego, i tu poeta spędzał wakacje. Za Mickunami ciągną się lasy, nazwane przez Stanisława Lorentza w jego Wycieczkach po województwie wileńskim Puszczą Ławaryską, a dalej, w odległości 25 km od Wilna znajdują się Ławaryszki. Kościół w Ławaryszkach został ufundowany przez Annę z Rudominów Pacową w 1642 roku. Na początku naszego stulecia, staraniem księdza Mironosa i parafian, wybudowano kościół murowany, zaś dotychczasowy drewniany przeniesiono do Kieny. W Ławaryszkach, tuż za kościołem, na wzniesieniu, znajduje się stanowisko archeologiczne świadczące o tym, że ludność mieszkała tu już od wieków. Kościół w Ławaryszkach jest pięknie usytuowany na wysokim brzegu Wilenki.
     Wychodząc z boru ławaryskiego, widzieliśmy wyniosłą dwuwieżową sylwetkę świątyni, zaś dzwony oznajmiały, że niebawem rozpocznie się nabożeństwo. Widok tego kościoła budził uczucie powagi i wzniosłej radości. Polną drogą od strony boru ciągnęli ku niemu wierni, odświętnie ubrani, tworząc barwną smugę wśród łanów zbóż. Co chwila śmigała jakaś bryczka, której pośpiech był raczej fasonem niż wynikał z potrzeby. Piesi przed wejściem do miasteczka zatrzymywali się na tzw. starej plebanii - miejscu po dawnym kościele drewnianym i zakładali obuwie. Od starej plebanii trzeba było przejść kawałek szosą i jeszcze most na Wilence, by skręcić w aleję prowadzącą do kościoła. Aleją szło się powoli, oglądając innych, a minąwszy Dom Ludowy wchodziło się na plac, już obramowany końskimi zaprzęgami. W tych czasach droga do Ławaryszek była prawie tak samo ważna jak droga w kierunku południowo-zachodnim, prowadząca ku Wilnu. Do wielkiego miasta wyjeżdżało się wieczorem, ażeby o wschodzie słońca być już na piaszczystych terenach podwileńskich, a wcześniej, jeszcze w lesie, w pobliżu miejscowości zwanej Popaską, robiono postój, by nakarmić konie. Zimą, jak też w chłodne jesienne noce, rozpalano ognisko, przy którym skupiali się ludzie, drzemiąc w jarmiakach, otoczeni wianuszkiem koni i wozów. Ognisko chroniło od zimna i od nagłego ataku wygłodniałej watahy wilków.
    Spójrzmy teraz w kierunku zachodnim. Na zachód od Dziekaniszek znajdują się wtopione w lasach Bezdany, a dalej, na północnym zachodzie - Niemenczyn. Henryk Łowmiański wyodrębniał w ramach Auksztoty cztery ziemie: Litewską, Upicką, Dziawołtwę i Nalszczany. Na wschodnim skraju Dziawołtwy znajdował się nad Wilią Niemenczyn. Dalej na wschód rozciągały się Nalszczany, oddzielone od Dziawołtwy pasem puszcz. W Nalszczanach znajdowały się Miedniki, Rudomino i Oszmiana, a na północ od nich - Worniany. Wilna jeszcze nie było. Jan Długosz odnotował, że Jagiełło w roku przyjęcia chrześcijaństwa na Litwie (1387 r.) założył pierwsze parafie, między innymi w "Miszohola, Nyemczani, Myedniky", a więc w Mejszagole, Niemenczynie i Miednikach. W testamencie pierwszego biskupa wileńskiego Andrzeja, wśród darowizn na rzecz kościołów, wymieniono togę podbitą sobolami, którą otrzymał Michał - kanonik wileński i pleban w Niemenczynie. Niestety, nic nie zachowało się z pierwszego kościoła drewnianego w Niemenczynie, bowiem spłonął w 1842 roku, zaś w sześć lat później wybudowano kościół murowany. Dziekaniszki i Rubno obecnie są oddzielone od Niemenczyna pasem lasu o szerokości około 12 km. Las ten jest pozostałością dawnej puszczy odgraniczającej ziemię nalszczańską od Dziawołtwy. Dziekaniszki i Rubno znajdują się na skraju dawnych Nalszczan czy też na skraju dawnej puszczy dzielącej te ziemie, lecz zdecydowanie po stronie Nalszczan. W lasach niedaleko Niemenczyna znajdują się Bezdany - stacyjka kolejowa na linii Wilno-Petersburg. Bezdany odegrały istotną rolę w historii walk o niepodległość Polski. Akcja Piłsudskiego "Bezdany" obrosła w legendę wśród miejscowej ludności.
     W dzieciństwie opowiadał mi ją ojciec. W kierunku północnym od Dziekaniszek znajdują się Bujwidze. Drewniany kościół na niedużym wzniesieniu, obok murowana kaplica, a z drugiej strony - drewniana dzwonnica. Całość otoczona drzewami, zaś przed kościołem plac, na który zjeżdżała się szlachta okoliczna z Pilwiszek, Narbuciszek, Nowosiołek i wielu innych wiosek i zaścianków, a gdy był fest (odpust), to nawet z Majkun, Korkożyszek i dalszych miejscowości.
     W Polsce niepodległej tutejsi chłopi nie ustępowali szlachcie zagrodowej i tak samo z fasonem zajeżdżali na plac przed kościołem w malowanych bryczkach, zachowywali te same formy towarzyskie, tę samą uprzejmość. Pamiętano to z pierwszych powojennych lat, bowiem mimo katastrofy wojennej wiele jeszcze pozostało z życia towarzyskiego lat przedwojennych. Miasteczko Bujwidze zostało niegdyś nadane przez Jana Kazimierza Brzostowskim.
    Kościół zbudowano w 1785 r. dzięki fundacji Michała Radziszewskiego. Podobno fundator życzył sobie, by kościół był murowany. Gdy się dowiedział, że wykonano świątynię z drewna, powziął zamiar rozebrania jej. Po obejrzeniu odstąpił jednak od tego zamiaru, bowiem zauroczony został pięknem budowli. Możemy to zaliczyć do legend bujwidzkiego kościoła. W parafii bujwidzkiej były trzy kaplice: wspomniana już przy kościele oraz dwie inne - w Pryciunach i w Rubnie. Wieś odległa o dwa kilometry od Dziekaniszek, a za nią dwór, dalej drewniana kaplica oraz zaścianek Jurzdyka, nazywany też Miasteczkiem - wszystko to składało się na miejscowość o nazwie Rubno, graniczącą z dużym masywem leśnym. J. Ochmański wymienia Rubno jako miejscowość należącą do urzędu dziekana wileńskiego jeszcze przed rokiem 1516 i powołuje się na Kościół zamkowy Jana Kurczewskiego. U Kurczewskiego zaś znajdujemy tylko informację o tym, że Białłozor, chorąży upicki przekazał w 1678 r. rnajątek Rubno kapitule wileńskiej jako spłatę długu 10.000 złp. Dług ten powstał w wyniku zaginięcia kosztowności kościelnych (srebra kapituły wileńskiej) spowodowanego przez rodzinę Białłozorów. Znajdujemy tam również wzmiankę, że w 1740 roku Rubno oddano w dzierżawę za 800 złp. rocznie. W połowie, a raczej w drugiej połowie XIX w., Rubno należało do Daukszów. Według spisu z 1864 roku wieś liczyła 15 dymów i 83 mieszkańców. Oprócz tego 14 mieszkańców znajdowało się we dworze i tyle samo w Miasteczku. Dauksza sprzedał majątek wówczas, gdy zakochał się w niemieckiej guwernantce. Z nią wyjechał do Wilna, później został wypędzony z domu i podobno widziano go żebrzącego. Nabywcami ziemi z majątku Rubno byli okoliczni chłopi i drobna szlachta, zaś dwór z resztą ziemi kupił Ryszard Rouba, a właściwie kupiła jego matka licząc na to, że syn wróci z zagranicy i ustatkuje się. Rzeczywiście wrócił i ożenił się ze służącą, która po ślubie nie zgodziła się na to, by mieszkać w Rubnie. Sprzedali więc dwór i wyjechali do Wilna. Tam Rouba wpadł w alkoholizm, a jego żona otruła się. Ostatnim właścicielem mocno okrojonego majątku był Jan Obst, dla którego wartość największą stanowił pięknie położony dwór. Dwór był drewniany, pokryty gontem. Widywałem go, uczęszczając do podstawówki, bowiem wówczas mieściła się tam szkoła. Zapamiętałem kaflowe piece z ozdobnymi drzwiczkami, na których widniała grecka kwadryga. Były też inne reliefy ozdobne, wprawiające nas w zakłopotanie, ponieważ nie wiedzieliśmy, co oznaczają - onieśmielały nas swoim pięknem. Dwór znajdował się w odległości pół kilometra od wsi. Idąc ze wsi, napotykaliśmy położone w dolinie zabudowania gospodarcze, na lewo rozpościerały się łąki ze stawami, obramowane lasem, a na prawo wiodła droga do Bujwidz. Za budynkami gospodarczymi, na wzniesieniu widniał dwór ocieniony kępą wysokich drzew, rosnących przy owalnym podjeździe. Od podjazdu prowadziła droga w dwóch kierunkach: do drogi bujwidzkiej oraz w kierunku przeciwnym do stawów. Aleja, dochodząc do drogi bujwidzkiej, skręcała w lewo do odległej o kilometr kaplicy. Na zakręcie alei stała figura Matki Boskiej. Ta figura, resztki drzew alei oraz stawy prawdopodobnie przetrwały do dziś, ale wróćmy do ostatniego właściciela majątku w Rubnie.
     Jan Obst przybył do Wilna przed pierwszą wojną światową i wykupując zabytkową kamienicę w mieście założył muzeum Adama Mickiewicza. W Rubnie zjawił się w 1933 roku wraz z żoną oraz matką. Starsi mieszkańcy wsi pamiętają ich z uroczystości wyświęcenia figury Matki Boskiej. W roku 1940 władze sowieckie zarekwirowały bibliotekę Obsta. Na początku 1941 roku Jan Obst owdowiał, zaś po wojnie przebywał jeszcze przez kilka lat we dworze, lecz podczas organizowania kołchozów został przesiedlony do chłopskiej chaty Ignacego Czepułkowskiego w Rubnie, a wkrótce potem do chaty Józefa Stankiewicza, położonej na kolonii w Dziekaniszkach. Żył tam w nędzy z Wiertelakiem, salezjaninem, który od 1941 roku podjął się roli opiekuna. Obst przez cały czas był zajęty pisaniem. W chłopskiej izbie pianino, na ścianie duży medalion-płaskorzeźba Mickiewicza, zaś Obst, w szlafroku, pogrążony w pracy - takim widziałem go na początku lat pięćdziesiątych. Zmarł 8 marca 1954 roku i został pochowany obok matki i obok żony na cmentarzyku przy kaplicy w Rubnie. Wiertelak wyjechał do PRL.
    Kilka lat później spłonął w Rubnie dwór, zaś drewnianą kaplicę rozebrano i budulec przeznaczono na kołchozowy dom kultury w Mościszkach. Zbliżamy się do Dziekaniszek. Jan Kurczewski w Kościele zamkowym przytacza, że według inwentarza z 1753 r. Dziekaniszki były folwarkiem kościelnym i składały się z "dworu z browarem, ziemi ornej 4 włóki, łąki na 100 wozów, 2 wsi, 2 zaścianków, dymów 28, poddanych 192". Miejscowość należała do dekanatu wileńskiego i stąd prawdopodobnie pochodzi jej nazwa. Pod koniec XVIII w. ekonomem w Dziekaniszkach był Hieronim Masłowski, zaś dobra należały do dziekanii wileńskiej. Znajdowały się tam dwie karczmy: jedna w Wiżyszkach, druga zaś w pobliżu wsi Dziekaniszki. Wszystko to zostało zanotowane podczas pierwszego spisu ludności, sporządzonego przez zaborcę, i figuruje w tzw. rewizkich skazkach. Według następnego spisu ludności było w Dziekaniszkach 11 domów, a w nich mieszkało 25 poddanych biskupa Stanisława Siestrzeńcewicza-Bohusza.
    Wśród mieszkańców Dziekaniszek najczęściej występowały nazwiska Wysocki i Bezganowicz. Naniewiczów w tej miejscowości jeszcze nie było. W połowie XIX w. Dziekaniszki stanowiły folwark rządowy. Natomiast po I wojnie światowej była to wieś składająca się z 19 domów i kilku zaścianków, które nie posiadały odrębnej nazwy, a więc można te zaścianki traktować jako kolonie. Poza wsią, a więc na zaścianku czy też kolonii, mieszkali Halina i Józef Pieślakowie (brat z siostrą), Ludwik Stankiewicz oraz Józef Stankiewicz. Pozycja Ludwika Stankiewicza była uprzywilejowana, bo mieszkał w siedzibie dawnego folwarku. Południowa część wsi położona jest na wzniesieniu i w tej właśnie części znajdowała się nasza zagroda. Widok z okien domu był na stronę wschodnią. Tuż za ulicą rozciągały się łąki zwane cielętnikiem, z bujną roślinnością, a po ich skoszeniu zapobiegliwe gospodynie rozściełały tam płótno do bielenia. Za łąkami wznosiły się zabudowania - pozostałość folwarku - ocienione kępą wysokich lip, a obok zabudowań znajdował się staw otoczony zaroślami olszyn i wierzb, dalej zaś widniała droga wspinająca się na pagórek i ginąca za tym pagórkiem. Jeżdżono nią do Brzozówki, Alfonsowa i dalej - do Bystrzycy; prowadziła więc na wschód. Obok drogi na wzgórzu widoczny był cmentarzyk - miejsce grzebania niemowląt oraz nieznajomych, którzy w wojenne lata zginęli w naszych stronach. Ta droga prowadząca ze wschodu była niczym pytajnik postawiony niewidzialną ręką nad Dziekaniszkami. Tak przedstawiała się strona wschodnia.
     Natomiast krajobraz po stronie zachodniej skłaniał do marzeń, budził nieokreślone nadzieje. Krajobraz ten miał rozległą perspektywę lasów sięgających po horyzont. Za wsią na wprost widoczny był lekko opadający teren, pocięty zagonami pól i obramowany smugą łąk i olszniaków, a za nim - szerokie pasmo lasu, amfiteatralnie wznoszącego się aż po horyzont i tylko hen, gdzieś daleko przerywane plamami piaszczystych łach. Stamtąd w ciche wieczory dobiegał szum pociągu mijającego Bezdany. Nieco bliżej, wśród lasów unosiła się mgła z łąk Niedźwiadki, Bogudzienek, Gaju, Pawlinowa, Strzeliszek, Wilczegobrodu i Malinówki. Córki powstańca Nie wiemy, w jakim walczył oddziale i gdzie nastąpił kres zmagań, a powstaniec stał się rozbitkiem tropionym przez carskich isprawników. Powstańcy po przegranej sprawie uciekali na Zachód, on zaś - nie wiemy dlaczego - wybrał inny kierunek. Opuścił strony rodzinne i pod zmienionym nazwiskiem "roztopił się" w dużym mieście, jakim była wówczas Ryga. Władysław Duczman z Woropniszek, folwarku odległego o półtora kilometra od Punżan, wyjechał z fałszywym paszportem na Jana Głuszyckiego.
     Do Rygi wyjechała też Zofia Dyrmont, córka powstańca 1863 roku, młodsza od Władysława o 17 lat. W 1869 roku osoby te wstąpiły w związek małżeński, który zaowocował licznym potomstwem: Ludwika (1870), Zofia (1871), Maria (1872), Stefania (1883), Jadwiga (1884) i Antoni (1886). Relacja lzabeli Romatowskiej: O mojej rodzinie w Woropniszkach wiem z opowiadań mojej matki. Nasz folwark leżał na wzgórzu, tuż koło wsi pod nazwą Woropniszki i okoliczne gospodarstwa nosiły tę samą nazwę. Folwark miał 40 hektarów i należał do rodziny Duczmanów. Mój dziadek, Władysław Duczman miał dwóch braci: Wilhelma i Klemensa. Dziadek był powstańcem z 63 r. i po zlikwidowaniu powstania Wilhelm, który prowadził gospodarstwo w Woropniszkach, obawiał się, że rząd carski może skonfiskować gospodarstwo ze względu na brata powstańca. Wobec tego dziadek musiał opuścić Woropniszki. Zamieszkał w Rydze, gdzie pojął Zofię Dyrmont, która ze swoją matką i siostrami opuściła Litwę. Była córką powstańca z 63 r. skazanego na zesłanie. Moja matka pamiętała jego powrót do Rygi po dziesięciu latach zesłania.
    W Rydze, w polskiej prywatnej szkole pani Kozłowskiej uczyła się moja matka oraz jej siostry: Ludwika i Stefania. Jako córki powstańca pobierały naukę za darmo. Moja matka nie miała odwagi, by zdawać maturę w gimnazjum rosyjskim i została tylko z zaświadczeniem od pani Kozłowskiej, a najstarsze ciocie oraz ciocia Stefa zdały maturę. Ciocia Stefa przez dłuższy okres pracowała jako nauczycielka w domach prywatnych, w czasie wolnym przyjeżdżała do Woropniszek, do swego stryjka. Tam poznała wdowca Stanisława Szaniawskiego, właściciela sąsiedniego folwarku o nazwie Tatuliszki. Przedtem Szaniawski był wicedyrektorem polskiego żeńskiego gimnazjum św. Katarzyny w Petersburgu, a po przejściu na emeryturę kupił Tautuliszki. Pamiętam, jak ciocia opowiadała, że na lato przyjeżdżali do Tautuliszek koledzy i znajomi z Petersburga. W dworku był fortepian, były też skrzypce i odbywały się koncerty. Ciocia Stefa wyszła za mąż mając 32 lata, a Szaniawski wówczas miał 66. Zmarł w kilka lat po I wojnie światowej. Ciocia Jadwiga wyszła za mąż w 1911 roku, a w następnym roku urodziła się jej córeczka - nadano jej imię Nina. Mąż był Rosjaninem, zginął podczas wojny.
     Gdy w 1921 roku ciocia Jadwiga przyjechała do Polski, to wuj Szaniawski jeszcze żył, a nawet przerabiał z małą Niną lekcje matematyki. Nina wyrosła na wysoką atrakcyjną panienkę i w dwudziestym trzecim roku życia wyszła za mąż za Wiesława Arleta, pracownika konsulatu RP w Gdańsku. Moi rodzice pobrali się w 1905 roku w Rydze. Ojciec, Bohdan Kochanowski, był urzędnikiem carskim i po kilku latach został służbowo przeniesiony do Tallina, gdzie spędziłam dzieciństwo. Uczęszczałam do prywatnego niemieckiego gimnazjum i zdobyłam maturę w 1924 roku. Mój ojciec, nie znając estońskiego języka, opuścił Estonię około 1920 roku. Jechał wtedy do Polski, lecz po drodze zatrzymał się na Litwie, żeby spotkać się tam z bratem, który miał folwark. Mój stryj namówił ojca, żeby nie jechał dalej i zamieszkał w Szawlach. Po ukończeniu szkoły nie mogłam pojechać z moją matką, do ojca, ponieważ miał obywatelstwo polskie, a w Kownie odmówili mi zezwolenia na wyjazd do Litwy. Po roku udało się mojemu stryjowi zdobyć po znajomości litewski krajowy paszport dla mnie i w rezultacie 4 lata spędziłam na Litwie. Jednakże nie chciałam tam pozostać. W 1929 r. udałam się do Kłajpedy, która posiadała autonomię, gdzie bez kłopotu dostałam paszport i wyjechałam do Paryża. Tam w ambasadzie polskiej powiedzieli mi, że będą trudności z odnowieniem mego przeterminowanego polskiego dowodu osobistego i najlepiej będzie - o ile chcę udać się do Polski - jeżeli pojadę na podstawie pisma wydanego przez ambasadę, a w Polsce postaram się od nowa o polskie obywatelstwo na podstawie pisma Zarządu Stowarzyszenia Uczestników Powstania 1863 r., w którym było zaznaczone, że mam prawo do polskiego obywatelstwa. Tak też postąpiłam. Latem 1931 roku przyjechałam na stałe do Polski, do mojej cioci Stefanii Szaniawskiej, a więc do Tautuliszek. Ciocia znała mnie od dzieciństwa, gdyż przyjeżdżała do nas, do Tallina na coroczne święta. Potem zamieszkałam z moją matką w Wilnie i szykowałam się do egzaminów z polskich przedmiotów.
     W 1934 r. moja niemiecka matura wydana w Tallinie została uznana przez komisję Kuratorium Wileńskiego, a jesienią tegoż roku pojechałam do Bieniakoń w charakterze nauczycielki. Podczas ferii przyjeżdżałam do Tautuliszek. Muszę cofnąć się w czasie i powiedzieć, że moja matka przebywała na Litwie ze swoim mężem a moim ojcem aż do jego śmierci w 1932 roku. Malarstwo było jej zajęciem podstawowym i będąc na Litwie wykonała między innymi kopię obrazu Jana Matejki "Bitwa pod Grunwaldem". To był duży obraz na dwa metry długości. Przyjeżdżając do Polski matka wynajęła wagon, w którym przywiozła nasze meble i ten obraz. W Wilnie nie było gdzie go powiesić w naszym mieszkaniu i matka uzyskała pozwolenie, żeby umieścić obraz w kasynie oficerskim przy ulicy Mickiewicza. Obecnie obraz ten znajduje się podobno w Trokach. Latem 1939 roku byłam w Woropniszkach, gdzie mieszkała już moja matka. Przyjechała tam również na stałe Ludwika Głuszycka, która przedtem - aż do emerytury - prowadziła internat gimnazjalny we Włoclawku. Woropniszki znajdowały się między Korejwiszkami a Punżanarni, odległymi o półtora kilometra. Niedaleko, w kierunku Korejwiszek, mieszkali Francesonowie - Antoni, Władysław i Henryk - a także Połońscy. Ich pole graniczyło z naszym.
    Miejscowość ta nazywała się Szukszniszki. Podczas pierwszej okupacji sowieckiej, gdy zaczęły się wywózki na Sybir, to ukrywaliśmy się u Francesonów. Później okazało się, że oni też byli na liście do wywózki. Woropniszki nie figurują na mapach przedwojennych, lecz istnieją w pamięci tych, którzy tam mieszkali. Ludzie z tamtych stron, mimo upływu czasu, potrafią dokładnie opisać każdy dom, każdy strumyk, wskazać na źródełka, które dostarczały wody spragnionym, a które prawdopodobnie już dawno wyschły. Mówi Witold Siemaszko: "Niedaleko dworu w Tautuliszkach była krynica, a sarn dwór znajdował się jakby na uboczu, lecz ładnie położony. Pyta pan, skąd znam Tautuliszki? Jak się tam znalazłem? Byłem w 5-ej Brygadzie, a więc u "Łupaszki", i w nocy z ósmego na dziewiąty maja 1944 roku zostałem poważnie ranny w akcji pod Nową Wilejką. W ciężkim stanie przywieziono mnie do folwarku Łoza. Folwark czy też majątek Łoza był rzeczywiście łozami zarośnięty i tylko polną drogą, między zaroślami można było tędy wjechać. Wjechaliśmy. Niebawem przyszedł pan Rodziewicz, właściciel majątku, i skierował nas do Tautuliszek, odległych o dwa kilometry. Był już wieczór. Pani Szaniawska zgodziła się mnie przyjąć, lecz akurat odbywało się nabożeństwo majowe, więc zawieźli mnie do stodoły, żeby ludzie nie mówili, że chorego partyzanta przywieziono do domu Szaniawskiej. Po skończonym nabożeństwie przywieźli mnie pod ganek i wnieśli do mieszkania. Był to pokój narożny.
     W Tautuliszkach przebywała wtedy Wanda Swolkieniowa, która miała kwalifikacje sanitariuszki, nabyte podobno podczas pierwszej wojny światowej. Ona przede wszystkim zajęła się opatrywaniem moich ran. Pierwsze dni pobytu były bardzo ciężkie. Ksiądz przyjechał, wyspowiadał i olejami świętymi nasmarował. Dzięki opiece pań przeżyłem pierwsze dni, a pani Swolkieniowa załatwiła chirurga Jankowskiego z Wilna. Czwartego czerwca, w pokoju jadalnym na .stole dokonano mi operacji czaszki. Podczas operacji asystowała pani Swolkieniowa a pani Nina Arlet świeciła lampą karbidową. Miałem wtedy 26 lat i po operacji szybko wracałem do zdrowia. Opatrunki robił mi lekarz "Chmurka", który przebywał w majątku Łoza. Gdy już mogłem chodzić, to odwiedziłem Korejwiszki, gdzie leżał Witold Stabrowski, ranny w akcji na Pohulance. Kula rozniosła mu panewkę biodrową i miał ciężką operację. W Korejwiszkach długo leżał na wyciągu". Korejwiszki, Tautuliszki, Woropniszki... Gdzie są ludzie, którzy tam mieszkali? Córki powstańca 63 r. Duczmana-Głuszyckiego już nie żyją. Ludwika pochowana jest w Balingródku, Maria w Bujwidzach, Zofia w Gdańsku, Stefania w Toruniu, Jadwiga w Waszyngtonie (USA). Woropniszki a także Tautuliszki miały odziedziczyć lzabela Romatowska i Nina Arlet. Pierwsza na stałe mieszka w Gdańsku, druga - w Stanach Zjednoczonych. To miało być gniazdem
     Miejscowość Łoza w przeszłości posiadała oficjalną nazwę Nowy Dwór i należała do majątku Punżany. Później utrwaliła się nazwa Łoza. Z pytaniem o Łozę zwróciłem się do pani Ireny Słabkowicz, wnuczki przedwojennego właściciela tego folwarku. Odpowiedziała obszernym listem, którego fragment warto przytoczyć. Dziadek mój, jak się zdaje, był człowiekiem nieco lekkomyślnym i marzycielem. Podobnie nie liczył się z surowymi wymaganiami rzeczywistości, gdy nabywał część Łozy. Gospodarowanie się zaczynało niemal od zera. Był czas, że Joanna Rodziewiczowa - Gosia, jak ją zwał małżonek - sama krzątała się przy inwentarzu i piekła wielkie sterty blinów, które stanowiły podstawę wyżywienia. Na jednym ze zdjęć rodzinnych widzimy ją jako 50-letnią kobietę z rozdętą szyją, chorobliwie nalaną twarzą i spuchniętymi stopami. Ale za cenę jej zdrowia, dzięki gospodarności i oszczędności oraz wytężonej pracy rządcy Tomasza, Łoza stała się tym, czym być miała, to znaczy sprawnie funkcjonującym i przynoszącym dochód mająteczkiem, miłym miejscem wakacyjnych spotkań rodzeństwa. Piotr Rodziewicz, właściciel Łozy, podobnie jak Aleksander Rodziewicz, który osiadł w Pryciunach, pochodził z miejscowości Podobce koło Bujwidz. W Podobcach, niedużej, bo liczącej 8-10 domów wiosce, znajdowały się dwa domy Rodziewiczów. Piotr Rodziewicz był już człowiekiem wyobcowanym ze wsi, bowiem żył i pracował w mieście. W okresie międzywojennym prowadził on biuro podań w Wilnie przy Wielkiej Pohulance, tuż przed teatrem. Rodziewiczowie wynajmowali całe piętro okazałej kamienicy i prowadzili tam również pensjonat. Jednakże, gdy nadarzyła się okazja, kupiono ziemię w Łozie, która sąsiadowała z miejscowością Podobce. Mówi Wanda Klubińska, najmłodsza córka Piotra Rodziewicza: "Ojciec kupił ziemię od Stabrowskiego w 1926 roku. Było tego 34 hektary, zaś w roku 1938 również od Stabrowskiego dokupił 36 hektary. Na kupionej ziemi znajdowały się bardzo skromne zabudowania - tylko chłopska chata i chlewik. Budowanie ojciec rozpoczął od renowacji i rozbudowy chłopskiej chaty, bowiem gospodarstwo prowadziła mama i musiała gdzieś mieszkać. Właściwie kupno ziemi było zrealizowanym marzeniem mojej mamy i ona gospodarowała. W prowadzeniu gospodarstwa pomagał Tomasz Gregorowicz, zarządca. Dom był wciąż powiększany, a tuż przed wojną powzięto decyzję wybudowania nowego domu, nawet zgromadzono budulec. Moja mama, z domu Podlecka, pochodziła ze Świętnik. Rodzice pobrali się przed rokiem 1907, gdyż w tym właśnie roku urodziła się moja najstarsza siostra Stanisława, zaś w 1909 roku Maria, a Paweł w roku 1911. Dzieci uczyły się w Wilnie. Najstarsza ukończyła Gimnazjum Nazaretanek i poszła na geografię w USB. Geografii nie ukończyła, bo wyszła za mąż i wyjechała do Gdyni - mąż zawodowo był związany z morzem.
    Maria uczyła się u Nazaretanek, lecz później została przeniesiona do innego gimnazjum. Wstąpiła na medycynę USB, zaś po ukończeniu była rok na stażu, a następnie niecały rok (do wybuchu wojny) lekarzem w Święcianach. Tam poznała przyszłego męża, też lekarza, który był starszym kolegą z Uniwersytetu. Pobrali się w Wilnie i podczas wojny pracowali oboje w Niemenczynie. Mój braciszek Paweł ukończył gimnazjum Słowackiego, chociaż szło mu to z trudem, i wstąpił na rolnictwo do USB. Kierunku tego nie ukończył z powodu wojny. Ja zarówno podstawówkę jak też gimnazjum miałam w Wilnie. Było to Gimnazjum Nazaretanek. Wojna przerwała moją edukację. Miejscowość Łozy tonęła w lesie. Oprócz domu Rodziewiczów był tam jeszcze domek Butkiewicza, któremu Stabrowski sprzedał dwa hektary ziemi. Las podchodził do Łozy z trzech stron. Od strony Korejwiszek był to las wysokopienny, zaś w kierunku Punżan ciągnął się teren podmokły, bagienny. Droga do Tautuliszek też szła przez las. Warunki naturalne, a być może też inne okoliczności sprawiły, że w czasie wojny Łoza stała się gniazdem akowców. Było to główne siedlisko 4-tej Brygady "Ronina". Łoza przypominała obóz warowny. Od rana do później nocy zjawiały się lub opuszczały ją formujące się drużyny i plutony. Cały folwark państwa Rodziewiczów był w posiadaniu sztabu brygady. Naturalnie za zgodą seniora rodu, który brał żywy udział w naradach dowódców... Do stołu zasiadało zazwyczaj kilkanaście osób. Pani domu i jej starsza córka troiły się, by niczego nie zabrakło miłym gościom. Wandeczka, najmłodsza latorośl, pomagała niewiastom, lecz czyniła to trochę przymusu. Zamiast biegać do kuchni po gorące dania - krążyła wokół stołu. Chciała być podziwiana przez młódź kawalerską... Dla wszystkich miała zalotny uśmiech, bez względu na szarżę i stopień funkcyjny. Może tylko panów oficerów traktowała z nieco większym szacunkiem i powagą. Wiadomo - byli rodzynkami wśród partyzanckiej braci1.
    Folwark Łoza przed wojną był szykowany ogromnym nakładem sił i środków państwa Rodziewiczów jako gniazdo rodzinne. Dom prawdopodobnie stałby się przedmiotem troski i dumy kolejnych jego spadkobierców. Pierwszym spadkobiercą byłby Paweł, a lubił krzątać się przy gospodarstwie i wybrał rolnictwo za przedmiot swego doskonalenia zawodowego. Wojna przekreśliła to wszystko. Zaprzysiężony w AK, musiał uciekać z Wileńszczyzny. Zginął w PRL na tak zwanych ziemiach odzyskanych. Z biegiem Wilii Nie ma już tej Wilii. Rzeka, co teraz na jej miejscu płynie, jest rachityczna i niepodobna do zalotnej, powabnej i kapryśnej Wilii przedwojennej - niepodobna jest do tej polskiej Wilii. Czy wtedy była rzeką łaskawą dla ludzi mieszkających nad jej brzegami? Na ogół tak, lecz czasami bywała nieobliczalna. Kaprys, swawola kogoś bliskiego na długo pozostaje w pamięci. O kaprysie Wilii nie zapomniała pani Stanisława Woronkiewicz, która mieszkała nad brzegami tej rzeki w miejscowości Polepie. Owa miejscowość - kilka domów - znajdowała się w odległości dwóch kilometrów od Bujwidz, za lasem zwanym Galą. Mówi Stanisława Woronkiewicz: "Nie pamiętam, w którym to było roku. Ruszyła wiosenna woda i zaczęła gwałtownie się podnosić. Najpierw zajęła nasze chlewy. Musieliśmy żywiołę2 wyprowadzić do zagrody. Dom mieliśmy już wtedy wybudowany ładny i duży. Wszystko z domu wyniesiono do stodoły, a do wnętrza domu wjeżdżało się łódką. Niebawem woda zaczęła dochodzić do stodoły i wtedy dobytek wynieśliśmy na leśny pagórek, gdzie przesiedzieliśmy bodajże dziesięć dni. Byłam w tym wieku, że wszystko mnie interesowało i nic nie martwiło. Moje siostry - już dorosłe panny - urządzały zabawę, na którą przychodzili kawalerowie z muzyką i były tańce, co stanowiło dla mnie dużą atrakcję.
     Noce były jeszcze bardzo chłodne, więc zakładaliśmy na siebie co się da. Gdy woda zaczęła opadać, to wróciliśmy do domu, a tam wszystko było zniszczone i pokryte piachem. Zniszczona została też nasza ziemia uprawna. Potem przyszła komisja i szacowano straty. Pyta pan, dlaczego wzniesiono zabudowania blisko rzeki? Taka była sytuacja w tej miejscowości.
    Mój ojciec od dziecka znał Wilię, bowiem pochodził ze wsi Borejszuny, położonej zaraz po drugiej stronie rzeki. W Polepiu dwa domy należały do Suświłów; zaś trzeci, nasz donn, mieścił w sobie liczną rodzinę Siemaszków - miałam siedem sióstr i dwóch braci. Hodowaliśmy sporo krów wynajmując pastwisko w majątku bujwidzkim. Zbieraliśmy siano na łąkach w Punżankach Konarzewskiego, no i oczywiście na własnych łąkach, które ciągnęły się aż do miejscowości Jeziorki, położonej w samym zakolu Wilii. Gdy byłam małą dziewczynką, to w Jeziorkach zjawiła się latem dziewczynka w moim wieku. Na imię miała Ewa i była córką profesora Schechtela. Jeziorki to był właściwie dom letniskowy Schechtela oraz domek ordynariusza Czepułkowskiego, który przebywał tu przez cały rok. Profesor Schechtel3 przyjeżdżał na wakacje". Nieduża posiadłość w Jeziorkach kupiona została prawdopodobnie ze względu na walory przyrodnicze.
     Nastąpiło to w 1927 roku, gdy Profesor był już od trzech lat wdowcem i wychowywał córkę jedynaczkę. Kupiony dom letniskowy stał się miejscem wakacji Profesora i jego córki.
     Walory przyrodnicze i widokowe tej miejscowości były bezsporne: w zakolu Wilii mieściła się nieduża płaszczyzna, a na niej stał dom drewniany, zaś po drugiej stronie Wilii - ogromne wzniesienie. Córka Profesora, pani Ewa Młodziejowska po wielu latach pisała: Ojciec lubił pracować fizycznie, cieszyła go cisza, cieszyły go uroki życia wiejskiego. Sadził drzewa nad Wilią, by wzmocnić brzegi przed częstymi powodziami. Chodził po polach i obmyślał jak lepiej zagospodarować ten ukochany, uroczy zakątek nad Wilią... Po raz pierwszy po wojnie znalazłam się na Wileńszczyźnie w 1988 r. Trudno mi było rozpoznać dawne Jeziorki. Z zabudowań nie zostało nic, tylko las sosnowy zasadzony przeszło 30 lat, no i Wilia z brzegami tak mi znanymi. Przecież wiele razy przewoziłam łodzią lub kajakiem ludzi, którzy chcieli dostać się na drugi brzeg. Ludzie miejscowi zapamiętali Ewę Schechtelównę jako dziewczynę zwinną, wysportowaną. Uprawiała gimnastykę nad brzegiem rzeki, chodziła na rękach i często śmigała kajakiem - pod prąd - do Bujwidz. Zadziwiała wszystkich sprawnością i uczynnością. Była ważną cząstką letniego krajobrazu nad Wilią. Przy następnym zakolu rzeki znajdują się Wilkińce. Mała wioseczka na piaszczystym brzegu oraz młyn wodny na rzeczułce wpadającej do Wilii. Wśród mieszkańców dwa powtarzające się nazwiska - Gulbinowiczowie i Kowszewiczowie. Ziemia marna, więc mężczyźni z Wilkińc trudnili się rybołówstwem, a kobiety zbierały runo leśne. Serca mieli gorące i dzielności im nie brakowało. Z tej małej wioseczki, którą słuszniej byłoby nazywać zaściankiem, podczas wojny aż czterech mężczyzn poszło do Armii Krajowej. Posuwając się dalej z biegiem Wilii mijamy Strażniki, położone na lewym, wysokim brzegu i zbliżamy się do Punżan. Stanisław Mackiewicz (Cat) - raczej nieczuły na uroki przyrody - w Kluczach do Piłsudskiego pisał: Piękne są naokoło okolice. Na południu płynie Wilia, która w niektórych miejscach, jak na przykład w uroczych Punżanach, ma piękno wianka uwiązanego z jaśminów i czeremchy... Z Punżan brzegiem Wilii prowadziła dróżka do miejscowości Porzecze.
    Tam stał dom, zaś znakiem rozpoznawczym były krasnoludki ustawione w przydomowym ogródku, ozdoba właściwie nie występująca na Wileńszczyźnie. Krasnoludki świadczyły, że właściciel pochodzi z innych stron. Właścicielem domu i niedużego gospodarstwa był profesor Biehler.4 W okresie międzywojennym Ryszard Biehler kupił od Piotra Stabrowskiego z Punżan nieco ponad 40 hektarów ziemi i założył gospodarstwo, mimo iż tylko połowa nabytej ziemi nadawała się do rolniczego użytkowania. Miejscowość nazwał Porzeczem. Na tym obszarze, wybudowano później drugi dom - dla córki profesora Haliny - i prowadzono go jako dom letniskowy, wynajmując pokoje dla letników. Podczas wojny prof. Biehler przebywał cały czas w Porzeczu i, będąc już wtedy wdowcem, po raz drugi wstąpił w związek małżeński z Janiną Sobolewską, kuzynką księdza Mitki z Balingródka. Na początku drugiej okupacji sowieckiej został aresztowany. Usilne starania żony Janiny dały ten rezultat, że wiosną 1945 roku wypuszczono go z więzienia, lecz był już na wpół żywy. Skonał w Wilnie, w domu Sobolewskich przy ulicy Makowej. Ciało przewiezione zostało do Balingródka i pochowane obok pierwszej żony.
     Zbyt szybko opuściliśmy Punżany, więc cofnijmy się nieco w przestrzeni, a nawet w czasie. Na początku XIX wieku Punżany stały się własnością Ignacego Balińskiego. Później jego syn Michał napisał w pamiętniku: Mój ojciec nabył w roku 1806 majątek zwany Punżanami, nad Wilią, ku Święcianom za 6.000. Jest to ostatnie, być może niedokończone, zdanie w pamiętniku, bowiem pisanie przerwała śmierć autora. Ze źródeł archiwalnych możemy się dowiedzieć, że Ignacy Baliński był właścicielem Punżan do końca swoich dni. Zmarł w 1819 roku, a Punżany odziedziczył jego syn, też Ignacy. Drugi syn, Michał, otrzymał Jaszuny. Spadkobierca Punżan miał śmiałe projekty utworzenia ośrodka przemysłowego i zaczął realizować je zakładając na przeciwległym brzegu Wilii miasteczko Balingródek, które miało być osadą przemysłową. W encyklopedii S. Orgelbranda jest hasło napisane przez Michała Balińskiego: Balingródek, miasteczko w powiecie święciańskim, gubernii wileńskiej, założone około 1822 r. przez Ignacego Balińskiego, ówczesnego marszałka powiatu wileńskiego. Ów marszałek powiatowy doznał niepowodzeń gospodarczych i nad Punżanarni zaciążyły długi. W połowie XIX wieku majątek już nie był własnością Balińskich. Konstanty hr. Tyszkiewicz, opisując wrażenia z wyprawy Wilią, wspomina nader pobieżnie o Balingródku jako "lichym miasteczku" na prawym brzegu Wilii, które było już własnością Turcewicza. Punżany prawdopodobnie też należały do Turcewicza. Hr. Tyszkiewicz zwiedzał tylko kościół w Balingróclku, a dostrzegł stan zaniedbania i opuszczenia. Dostrzegł też na frontonie kościoła napis o fundatorach: W wieży od frontu, we wklęsłości prostokątnej, wewnątrz otynkowanej, czarnemi literami olejną farbą napisano: Ignacy i Elżbieta Balińscy zbudowali R. 18255. Przed kościołem w Balingródku znajdują się dwa nagrobki. Na jednym z nich widnieje napis po polsku, na drugim zaś po łacinie: Piotr Turcewicz ur. 29 czerwca 1816 r. zmarł 29 czerwca 1882 r. oraz Józef Turcewicz ur. 9 marca 1820 r. zmarł 26 sierpnia 1903 r. Córka Piotra i Marii Turcewiczów - Maria - wychodząc za Macieja Stabrowskiego wniosła w posagu Punżany i Balingródek. Zmarła w 1906 roku, w jedenaście lat po śmierci męża, pozostawiwszy trzy córki, Jadwigę, Helenę i Marię oraz syna Piotra. Majątek podzielono dopiero w 1913 roku, gdy główny spadkobierca, Piotr, osiągnął pełnoletniość. Otrzymał Punżany i Balingródek, jednakże Punżany zostały pomniejszone o folwark Nowy Dwór, zwany też Łozą. Folwark ten przypadł Helenie Stabrowskiej, zaś Jadwiga Stabrowska oraz Maria Kossko ( z domu Stabrowska) zadowoliły się spłatami pieniężnymi. W ten sposób majątek został w istocie niepodzielony, gdyż Helena była osobą niezamężną i mieszkała razem z bratem Piotrem. W okresie międzywojennym majątek prowadził Piotr Stabrowski.
    Mimo pracy zawodowej w Wilnie, systematycznie dojeżdżał do Punżan i doglądał gospodarstwa. Był już wówczas żonaty z Marią Hurczynówną i miał trójkę dzieci. Majątek obciążały długi, co skłoniło państwa Stabrowskich do prowadzenia pensjonatu. Pani Maria wykazała w tym dużo talentu organizacyjnego i umiała pozyskać gości. Jeremi Przybora, jeden z licznych letników w Punżanach, we wspomnieniach swoich napisał: Dwór położony był w niezwykle malowniczej okolicy, na wysokim brzegu Wilii, skąd było widać jej pięć zakrętów. Oprócz pokoi w samym dworze do dyspozycji gości pensjonatowych, zwłaszcza młodzieży studiującej, pozostawał również pawilonik w parku. Młodzieńcy byli sympatyczni, panienki nierzadko atrakcyjne, a okolica, jak na Wileńszczyźnie, urzekająca - wzgórza, lasy, jeziora (...). Wieczorami tańczyło się do upadłego, często przy akompaniamencie uroczej i uwielbianej przez młodzież pani domu, która uczyła nas dawnych, nie tańczonych już a bardzo zabawnych, mile myszką trącących tanów. Nad Wilią można było dostrzec spacerujących letników, przeważnie w lnianych ubraniach. W dni świąteczne dla nich specjalnie odprawiano w Balingródku mszę. Balingródek wówczas był małą osadą z domem ludowym i trzema sklepikami. Kościół, odbudowany staraniem Piotra Stabrowskiego i parafian, stanowił o istnieniu tej osady. Parafianie i letnicy korzystali ze sklepików Sienkiewicza, Mickiewicza, Ingielewicza.
    W dni świąteczne ludno było przed kościołem i na plebanii, ożywiał się dom ludowy, intensywnie pracował przewoźnik, którego domek stał nad samą Wilią. W dni świąteczne życie społeczne Balingródka przejawiało się w pełni, - na co dzień zaś było słychać tylko szum sosen i świergot ptaków. Czy w leśnym szumie można było usłyszeć echa powstańczych zrywów? Czy w krajobrazie nad Wilią zapisane zostały nadzieja i rozpacz tych, którzy porwali się do walki o ziemię swoją i swoich ojców? W powstaniu styczniowym uchodźcy z Wilna zmierzali do wojsk generała Giełguda, a w Punżananach i Balingródku udzielano im pomocy i ułatwiano przeprawę przez Wilię. Ochotnicy z Wilna kierowali się na północny-wschód, by na rubieżach dawnej Rzeczypospolitej dać odpór moskiewskiemu najeźdźcy.
 
Wydawca: Towarzystwo Miłośników Wilna i Ziemi Wileńskiej, Bydgoszcz 2002 ***