Wspomnienia i życiorys Wiktorii Gulbinowicz

 

 

 

1. Ja i moja rodzina Gałeckich

Aby na ziemi było jakieś życie, musi się ono urodzić, więc i ja Wiktoria Gulbinowicz urodziłam się 23 kwietnia 1898 roku w Podjeziorkach na Wieńszczyżnie z ojca Aleksandra Gałeckiego i matki Teresy Gałeckiej z domu Hryniewicz. Ojciec i matka przez całe życie pracowali na roli i to nie na własnej, tylko ją dzierżawili. Rodzice, zarówno ojciec jak i matka pochodzili z ubogiej rodziny szlacheckiej, a stan szlachecki zobowiązywał, aby swym dzieciom dać jako takie wykształcenie. Tego od rodziców zarówno moi bracia, siostry jak i ja nie otrzymaliśmy. W związku z tym żadnej szkoły nie ukończyłam, a jedynie od matki z książeczki od nabożeństwa nauczyłam się słabo czytać, pisać nie umiem. A propos szlachectwa. Matka moja takie papiery posiadała i przed swoją śmiercią te dokumenty oddała mi . Ja natomiast przed moim wywozem na Syberią z obawy aby nie dostały się w ręce Rosjan spaliłam je. W roku 1908 ojciec wydzierżawił majątek ziemski w Bujwidziach na Wileńszczyźnie odległy o około 40 km od Wilna. Tam przebywałam do roku 1920 i razem z rodzicami oraz rodzeństwem pracowałam na roli.
     Rodzice mieli ośmioro dzieci według kolejności:
  1. Antoni Gałecki nie znam daty jego urodzenia. Jedynie stwierdzam, że podczas wojny Rosyjsko Japońskiej 1905r. Wyjechał na wojnę. Później dostaliśmy przez jego znajomego , Łukszę ze wsi Piekieliszki, jego zdjęcie w mundurze wojskowym.Żadnego listu przy tym nie było, jedynie stwierdził, że Antek żyje. Więcej wiadomości o Antku nie było.
  2. Konstanty Gałecki urodzony 1882r. Zmarł 1956r. Był dwukrotnie żonaty i pozostawił po sobie troje dzieci.
  3. Kazimierz Gałecki urodzony 1884r. Zmarł 1950r. Był dwukrotnie żonaty i pozostawił po sobie troje dzieci.
  4. Zofia Kaczanowska urodzona 1888r. Zmarła 1947 r. Pozostawiła po sobie siedmioro dzieci.
  5. Józef Gałecki urodzony 1894 zmarł 1960 r. Pozostawił po sobie jedno dziecko.
  6. Stanisława Czepułkowska urodzona 1895 r. Zmarła 1929r. Pozostawiła po sobie troje dzieci
  7. Wiktoria Gulbinowicz urodzona 1898 r. O rodzinie swojej opowiem w oddzielnym rozdziale
  8. Jako ostatnia z rodzeństwa to Jadwiga Gulbinowicz urodzona 1905r. Zmarła 1970r. Dzieci po sobie nie zostawiła. Jej mąż był dalekim krewnym mojego męża.
    Moje młodzieńcze lata w Bujwidzach spędziłam dość przyjemnie. Bracia moi byli muzykami, umieli grać na harmonii. Prawie co sobotę i niedzielę w miasteczku były urządzane zabawy taneczne. Bracia moi byli także zapalonymi rybakami, ja w tym ich rybaczeniu często brałam udział. Łowilismy ryby w nocy z łódki, przy pomocy palącego się drewna na siatce z przodu czółna ( łódki) , na tak zwane ości (długi drewniany kij, zakończony trójpalcem z hakami jak ma haczyk na ryby). Blak z łódki oświetlał wodę, a w niej stojącą rybę. W taka rybę wbijano ość i wyciągano ją na wierzch wody. Często łowiliśmy ryby w buczy , które to sami robiliśmy z rożek wiklinowych. W małych rzekach łowiliśmy ryby i raki rękoma, szukając je pod karczmami w wodzie. Przed zakończeniem pierwszej wojny światowej umiera mój ojciec. Daty jego śmierci nie pamiętam, jest pochowany na cmentarzu w Bujwidzach. Jego choroba była dość dziwna, przez dwa lata przy oddawaniu moczu, mocz była zakrwawiona.
     Lata wojny nie pozwoliły na szpitalne leczenie, te krwawienie zakończyło się śmiercią ojca. Po śmierci ojca, matka moja zamieszkała przy synie Konstantym. Za zarobione pieniądze przez całą rodzinę, brat Konstanty zakupił ziemię 30 hektarów wmiejscowości rubno. Z biegiem lat stał się pazerny i kazał matce opuścić jak mawiał jego dom. Matka zamieszkała samotnie w Bujwidzach, w domu syna Józefa. Utrzymywała się z dodatków co jej dostarczały pozostałe dzieci. W 1947 roku matka przy dźwiganiu wody poślizgnęła się, upadła i złamała nogę. Rana nie goiła się i w 1948 roku matka umarłą. Jest pochowana na cmentarzu w Bujwidziach.

2.Ja z mężem zakładam własną rodzinę

W roku 1920 wyszłam za maż za Zenona Gulbinowicza i zamieszkałam razem z mężem we wsi Świątniki na Wileńszczyżnie. Z naszego małżeństwa urodziło się pięć synów, i tak:
  1) w 1923 roku 23 października syn Józef
  2) w 1928 roku 28 stycznia syn Zdzisław
  3) w 1930 roku 1 maja syn Aleksander
  4) w 1940 roku 1 stycznia syn Daniel
  5) w 1942 roku 14 stycznia syn Jerzy
     W roku 1938 byłam w ciąży lecz poroniłam, według mojej świekry Julii Gulbinowicz, gdy ona oglądała płód stwierdziła, że był to syn. Nie będę swych wspomnień opisywać dokładnie gdyż dużo wspomnień wspólnych opisał mój mąż w swoim życiorysie. Nadmienię tu, że pośród prac kobiecych najbardziej lubiłam szycie, lubiłam tez prace przy przędzeniu i tkaniu płótna, jak tez wybielaniu. Lubiłam w lesie zbierać jagody i grzyby. Opowiem jak raz w lesie przy zbieraniu grzybów z małym synkiem Józkiem zabłądziliśmy. W podmokłych lasach leżących za Brostalami zwanym potocznie Rojstami, natrafiliśmy na moc borowików. Nabraliśmy pełne kosze tych grzybów, a ich nadal było pełno, nie było do czego zbierać. Z ciągnęłam z siebie koszulę, związałam ją na głucho z jednej strony i dalej zbieraliśmy. Grzybów przybywało. Syn ze swoja koszula zrobił to samo . Gdy wszystkie pojemniki były pełne grzybów stwierdziłam, że zabłądziliśmy, a tu noc nadeszła. Syn z rozpaczy , że nie wrócimy do domu zaczął płakać , ja byłam bezradna. Chodziłam wszędzie tam i z powrotem, aż wreszcie po długich wędrówkach natrafiliśmy na właściwą drogę.Przyszliśmy do domu o północy. Często w drodze odpoczywaliśmy, ale donieśliśmy wszystkie grzyby. Jeszcze opowiem jedna opwieść o grzybach . Lata 1931-1932 były obfite w grzyby. Którejś niedzieli rano, mój mąż poszedł na grzyby do miejscowości Rojsty, w te same lasy, gdzie ja nazbierałam dużo borowików. Tam natrafił na grzyby zwane sorojetkami. Nazbierał ich cały duży kosz. Wszystkie były dorodne i zdrowe. Jedna sorojatka była tak duża , że jak ja położył na górze na koszu to przykryła ona cały kosz, miała średnicę 45 centymetrów. Był to pierwszy i ostatni wypadek w moim życiu, że widziałam tak dużą sorojatke.
      W roku 1931 podupadłam na zdrowiu, zachorowałam na gruzlicę płuc. Leczenie trwało około czterech lat. Ciągle jeździłam do Wilna do szpitala , na przedmieście miasta zwane Wilczelapy. Robiono mi tam odmę płuc. Ta czynność polegała na unieruchomieniu płuca chorego przez wpompowanie do jamy opłucnej i chore płuco stawało się nieruchome. Sprzyjało to leczeniu ran w chorym płucu. Ponadto leczyłam się sposobami wiejskimi. Mąż zakupywał psy , zabijał je i wydobywał z nich łój psiny. Ja ten łój przetapiałam, łączyłam go z kakaem i po ostygnięciu jadłam. Według wierzeń ludowych, łój psiny powodował szybkie gojenie ran na płucach, spowodowanych przez gruźlicę. Zauważyłam, że moi synowie dopomagali mi zjadać potajemnie ten mój lek. Prawdopodobnie bardzo im to smakowało. Na moje leczenie mąż wysprzedał cztery najlepsze krowy z obory. Wysiłek nie poszedł na marne, zostałam wyleczona z grużlicy. Po chorobie długo nie mogłam przystosować się do życia. Ciężko mi było oddychać zwłaszcza gdy szłam pod wiatr lub pod górę. Na wiosnę 1937 roku będąc pod silną presja choroby psychicznej męża, podczas pracy w polu, przy rostrzęsaniu odbiornika pod przyszłe ziemniaki, spowodowałam wypadek na własnej osobie. Mianowicie niechcąco przebiłam widłami do gnoju but gumowy i stopę nogi na przelot. Widząc to w przestrachu upadłam na ziemię i nie miałam siły ich wyciągnąć z nogi. Dopiero gdy mąż przywiózł nowy wóz obornika na pole to zauważył co się stało, wyciagnoł widły z nogi i przywiózł mnie do domu. Noga została umyta i opatrzona bez pomocy lekarza Obawiałam się, że może powstać jakieś zanieczyszczenie organizmu brudem, a tym samym i choroba gotowa. Nic z tych rzeczy, a noga ładnie się wygoiła i dziś w tym miejscu nie ma żadnego znaku, że była ona przebita widłami.


3. Choroba męża

W tym okresie jak już nadmieniłam powyższym rozdziale mój małżonek przeżył załamanie psychiczne. Choroba ujawniła się w ogromnej zazdrości o mnie. Podejrzewał, że ja go zdradzam z jego bratem Bronisławem oraz z zatrudnionym u nas parobkiem niejakim panem Szmujo. Potrafił całe noce przesiedzieć gdzieś w ukryciu, aby złapać na gorącym uczynku wymyślonego przez niego mego adoratora. Gdy dowiedzieli się o tej chorobie wszyscy bracia mego męża, zabrali go do Wilna, gdzie był leczony przez okres trzech miesięcy. Leczenie było skuteczne, a nawrót choroby już się nie powtórzył. Podczas choroby męża, opróczdzieci, na roli pomagał mi w pracy mój brat Józef Gałecki, gdyż parobka już nie mieliśmy, bo został on zwolniony z pracy przez męża.


4. Czasy wojenne i zmiany we wsi.

    W czasie wojny oprócz ciężkiej pracy na roli, przeżyłam też ogromne napięcie polityczne. Co będzie z Polską i co będzi z polskim narodem zamieszkałym na Wileńszczyźnie. Dorastająca młodzież wsi zaciągała się do partyzantki, przeważnie przebywała w domach, a tylko nocami wychodziła na wykonywanie zadań bojowych. Mój syn Józef też należał do tej organizacji wojskowej, a ja bardzo martwiłam się o jego życie, gdy nie było go w domu. Jak przebywał w domu to nigdy nie nocował w mieszkaniu tylko w stodole, gdzie miał wykopane w ziemi schronisko noclegowe.
    Po wojnie w 1946 r. w obawie, że władze ZSRR mogą go aresztować, wyjeżdża do Polski jako repatriant. W tym to czasie we wsi do władzy dochodzą ludzie z marginesu społecznego. Ludzie ci zachłanni na cudze dobra piszą do władzy gminy i milicji różne donosy przez co ciągle byliśmy nawiedzani przez urzędników gminy i milicjantów. Żeby temu dać spokój mąż jako pierwszy zapisał się do powstającego we wsi kołchozu.


5.Wywóz rodziny na Syberię i przebywanie tam.

     Te manewry męża nie uchroniły mnie i mojej rodziny od zsyłki. W oparciu o donos nieprzychylnych nam ludzi 2 października 1951 r. nad ranem do mieszkania wtargnął uzbrojony patrol milicji. My się tego spodziewaliśmy i wszelkie papiery mówiące o naszym pochodzeniu, naszych dobrach materialnych, jak tez wszelkie zdjęcia zostały spalone.Mienie, które można było przenieść lub przeprowadzić zostało ulokowane u krewnych lub u sąsiadów. Z chwilą zjawienia się milicji w mieszkaniu byłam tylko ja i trzech synów (Aleksander, Daniel i Jerzy). Aresztowali nas i kazali nam zabrać co udźwigniemy , a następnie wywieźli do punktu zbiorczego w Niemczynie. Na drugi dzień w Wilnie w pracy , w parowozowni kolejowej, aresztowali syna Zdzisława i dowieźli go samochodem na punkt zbiorczy w Niemczynie. Po kilku dniach wszystkich aresztowanych, samochodami dowieźli do stacji kolejowej w Podgrodziu, gdzie załadowano nas do wagonów towarowych i nimi wywieziono na Syberię do Krasnojarskiego kraju. W Krasnojarsku załadowano nas na statek i rzeką Jenisieją przewieziono do kołchozu Abakszna.
     Męża w czasie naszego aresztowania nie było w domu, dowieziono go później do Krasnojarska, gdzie był sądzony i więziony. W czasie pobytu męża w więzieniu ja i moi starsi synowie Zdzisław i Aleksander byliśmy zmuszani do pracy w kołchozie prawie bez żadnej zapłaty. Otrzymywaliśmy trochę ziarna co nie wystarczało do przeżycia. Synowie zostali przyuczeni do obsługi i prowadzenia traktorów i na nich pracowali w polu często oddalonym o dziesiątki kilometrów od osiedla zamieszkania. W wolnych chwilach musieliśmy w pobliskich lasach zbierać jagody i grzyby oraz w bajorach leśnych łowić ryby, co pozwoliło nam na przeżycie.
     W czasie jednej z takich wędrówek po lesie ugryzł mnie jadowity kleszcz. Na skutek tego ugryzienia dostałam zapalenia opon mózgowych i z tą choroba przeleżałam w pobliskim szpitalu około sześciu miesięcy.
     Po śmierci Stalina na skutek pism przychylnych mężowi, od ludzi ze wsi Świętniki, mąż został zwolniony z więzienia i dowieziony do rodziny w Abaksznie. Pozwolono też wszystkim członkom rodziny powrócić na Wileńszczyznę. Z chwilą wyjścia męża z więzienia życie nasze stawało się coraz lżejsze. Mąż zaczął potajemnie z kartofli i z żyta wytwarzać wódkę, a wytwarzany alkohol sprzedawał miejscowym chłopom. Ta czynność zaczęła przynosić skromne dochody. Nabyliśmy krowę i zaczęliśmy hodować prosiaki, a ja zakupiłam parę kur, to dało świeże jaja na co dzień.


6. Powrót do kraju. Osiedlenie się we wsi Wapnik i przebieg życia tam.

    Mąż napisał list do syna Józka w Polsce , powiadamiając go gdzie jesteśmy. Ten list spowodował, że syn zaczął organizować dokumenty , celem sprowadzenia nas do Polski. Doczekaliśmy się, że i my możemy wracać do kraju. W październiku 1956 roku cała rodziną przekroczyliśmy rzekę Bug w Brześciu. Początkowo zamieszkaliśmy u syna Józefa w Olsztynie. W kilka miesięcy później mąż zakupił mieszkanie w Ornecie i tam przenieśliśmy się. W tym mieszkaniu przebywaliśmy całą zimę, aż do wiosny. Wiosną w pobliskiej wsi Wapnik od państwa dostaliśmy ziemię na własność, jako odszkodowanie za odebraną nam ziemię na Wileńszczyźnie. Mieszkanie w Ornecie zostało odsprzedane. We wsi Wapnik życie nabierało sensu , zaczęliśmy się bogacić, przybywało coraz więcej inwentarza żywego i trwałego. Jak w Świątnikach, tak i tu brat męża Bronisław dopomógł założenia pasieki pszczelej. Uli z roku na rok było coraz więcej, a właścicieli tych uli było kilkoro:
  1) Bronisław Gulbinowicz miał uli około 20 sztuk
  2) Mój mąż Zenon Gulbinowicz miał uli około 10 sztuk
  3) Mój syn Józef miał uli około 5 sztuk
  4) Mój syn Aleksander miał uli około 5 sztuk
    Tu w Wapniku zauważyłam, że co roku latem, w większym lub mniejszym nasileniu na pastwisku rosły grzyby pieczarki. Tego na Wileńszczyźnie nie widziałam, aby na pastwiskach rosły grzyby. Latem 1971 roku, w pobliskim PGR Wójtowo, na polu gdzie rosła pszenica, wśród niej wyrosło bardzo dużo pieczarek. Prawie rosły jedna przy drugiej. Gdy to odkryli mieszkańcy Ornety, tak splądrowali pszenicę, że PGR nie miał co kosić. Mężowi nie długo dano było cieszyć się życiem. W listopadzie 1957 roku pękł wrzód na żołądku, był operowany i leczony w szpitalu miejskim w Olsztynie. Przebieg tej choroby mąż opisał we swoich wspomnieniach. Nie będę też opisywać śmierci męża, gdyż to też jest wcześniej opisane, nadmienię tylko, że zmarł 20 listopada 1965 roku. Po śmierci męża ziemię , inwentarzżywy i trwały przejął mój syn Daniel. Z biegiem lat moje współżycie z synem Danielem i jego żoną stawały się coraz trudniejsze, musiałam przejsć na swój stołek życia. Musiałam samodzielnie żyć, prać, gotować itp. Tu muszę nadmieni c, że ja do końca życia mojej świekry i to nie rodzonej matki mojego męża , opiekowałam się nią. Razem z nią siadaliśmy do stołu, razem praliśmy bieliznę, razem gotowaliśmy potrawy i gospodarowaliśmy przy zwierzętach. A tu rodzony syn Daniel wszystko odziedziczył po ojcu, a matce zabronił zasiadania do wspólnego stołu przy jedzeniu i razem pracowaniu w gospodarstwie domowym i rolnym. Gdyby nie syn Aleksander nie wiem jak bym sobie poradziła w tej sytuacji. On to choć za własne zarobione pieniądze wykupił od państwa przydzieloną mu ziemię i nie był zobowiązany moralnie do opieki nade mną. Codziennie zaprasza mnie do zjedzenia wspólnie śniadania, obiadu i kolacji. Żona jego Jadzia, jak też synowa od syna Jurka- Danusia piorą mi bieliznę. Gdy chcę samotnie pobyć w pokoju lub coś zjeść u siebie, to oni mi to umożliwiają.


7. Moje osobiste przeżycia i przemyślenia.

    Jeśli chodzi o moje osobiste zainteresowania, to miałam ich niedużo. Nigdy nie paliłam papierosów, wódki piłam bardzo mało, na przyjęciach jeden do dwóch kieliszków wypijałam alkoholu. Na Wileńszczyźnie lubiłam wykonywać tkactwo wzorcowe, tkałam różne płótno lniane, według z góry ustalonego wzoru. Udało mi się przy pomocy córki mojej siostry Zofii wytkać komplet kilimów na ściany i narzut na tapczany. Tkałam tez różne sukna wełniane na ubrania swoje, męża i dzieci. Tu w Polsce tego nie robiłam, gdyż można było to wszystko zakupić w sklepach. Może dobrze byłoby poczytać różne ciekawe książki , lecz to mi sprawia pewną trudność. Umiem czytać tylko z książki do nabożeństwa, gdyż ten tekst jest mi znany. Z czasem tak utrwalił się w pamięci, że znam wszystkie modlitwy, litanie i pieśni na pamięć. Gdy w mieszkaniu pojawiło się radio, a później telewizor lubiłam posłuchać i popatrzeć. Teraz po tylu latach już i tego nie mogę, wzrok i słuch odmawia posłuszeństwa.
     Przez swoje całe życie nie lubiłam lekarzy, starałam się ich unikać, jedynie w sytuacjach krytycznych mego zdrowia, korzystałam z ich usług. Obecnie synowie chcą mnie zawieźć do lekarza, ale ja kategorycznie odmawiam, choć moje zdrowie poważnie zaczęło szwankować. Przez dłuższy czas leczyłam się swoimi sposobami, robiłam nalewki z kitu pszczelego i spirytusu. Kit w spirytusie w okresie jednego miesiąca rozpuszczał się a potem piłam go w normie, pół małego kieliszka rano i wieczorem. Może to mi pomagała, bo dożyłam już 98 lat. Obecnie zaczął mi odmawiać posłuszeństwa mój umysł. Nic nie pamiętam z czasów obecnych i ta rzeczywistość już nie utrwala się w mej pamięci. Zauważyłam, że zadaję te same pytania kilkakrotnie, a po otrzymaniu odpowiedzi natychmiast zapominam i na nowo o to samo pytam swoich rozmówców. Natomiast przeżycia z mych lat młodych dokładnie pamiętam. Ciągle swoimi opowieściami zanudzam synów, synowe i wnuków. Nie wiem czy doczekam się stu lat życia , obecnie jestem nastawiona i gotowa na własna śmierć, czekam na nią , choć tak jej boję się. Jak to charakter ludzki zmienia się, w latach swej młodości i w wieku już dojrzałym. Śmierci nie bałam się, choć był okres zbliżania się jej do mnie. Chcę, żeby dzieci dawały mi różne leki, lecz zauważyłam, że te leki nic mi nie pomagają, tylko uśmierzają ból i uspokajają nerwy. Tu kończę moją opowieść o mym życiu. Nie wiem jak długo jeszcze pożyję, lecz w mych wspomnieniach nic nie zmieni się. Jedynie proszę synów, czy wnuków, żeby po mojej śmierci dokończyli tę opowieść, jak umarłam i jak przebiegł pogrzeb. Chciałabym , aby moi potomkowie gdzieś w dalekiej przyszłości czasami wspomnieli sobie, że kiedyś żyła na tym świecie ich praprababka.

Do widzenia!

                      Wasza matka, babka, prababka i tak dalej. Wiktoria Gulbinowicz z Gałeckich.

Wspomnienie zakończono pisać dnia 31 stycznia 1996 roku.